Oglądasz posty znalezione dla słów: uroczystość pożegnania uczniów
|
| Wiadomość |
Hyde Park (23.03.2005 - 04.02.2006)
|
Dziś miałam zakończenie roku.Pragne się z Wami podzielić tym dniem Wstałam juz o 6 rano by umyć głowe i podkręcić włosy (takie wywinięte na boki po wcześniejszym pocieniowaniu).Wyszłam z domu o 7.10 i dojachałam do szkoły o 8.00 by zdążyc na próbe przed apelem.Uroczystość była świetna.Dwie osoby z każdej klasy młodszego rocznika miały do odegrania jakies scenki dotyczące 3 klas LO.Niby że przepowiadali przyszłość.Mojej klasie (3b) wywróżyli że bedzie wśród nas piosenkarka,piajaki,przystojniak co bedzie miał pełno baba i takie tam (parodia).Ogólnie było bardzo fajnie. Po tym przedstawieniu przemówiła pani dyrektor i wręczyła książki wyróżnionym uczniom (oczywiście nie mi ).Po tym nastąpiła najgorsza część przedstaiwenia czyli popis trzecich klas.Po diwe osob z klasy (w przypadku mojej klasy 3) wystapiły na środek i recytowały jakies krótkie wierszyki.No i ja też hehe.Ogólnie wyszło śmiesznie no ale mogło być gorzj.Na końcu były podziękowania no i taki mnie spotkał zaszczyt że wręczałam kwiatki dyrektorce buhehe. Na koncu dostaliśmy różyczki. W salach było rozdanie świedectw i pożegnanie z wychowawcą.Nie lubie mojej babki ale jak śpiewaliśmy jej 100 lat to aż sie prawie popłakałam lol Średnia mam 3,25 no i teraz to już mam wakacje tylko czekam na mature...
|
| |
|
|
Teksty, czyli tzw. artykuły.
|
Zapomnijmy już o tym poprzednim tekście. Proszę, sprawozdanie. Starałam się.
Uroczyste pożegnanie lata. Dnia 27 września 2008r. odbył się bal integracyjny klas pierwszych. O godzinie 18 przybyliśmy ubrani w stroje wieczorowe. Szkoła ozdobiona była parasolami, liśćmi, lampkami i oczywiście balonami. Dominowały czerwienie, żółcie i brązy. Wystrój pasował do tematu balu: „Pożegnanie lata, powitanie jesieni”. Impreza rozpoczęła się krótkimi przemówieniami pani dyrektor Małgorzaty Dembskiej i ucznia kl. IA, Macieja Piasnego. Po życzeniach dobrej zabawy, gdy muzyka zaczęła grać, ruszyliśmy w „tany”. Bawiliśmy się przy nowszych jak i starszych piosenkach. Energię mogliśmy uzupełnić, jedząc smakowite placki. Oprócz tańców i słodkości czekały na nas także występy talentów klas pierwszych. Wszyscy artyści zaśpiewali (wykonali) wybrane piosenki. Mogliśmy podziwiać nie tylko śpiew, ale także grę na fortepianie, gitarze i saksofonie. Największe wrażenie zrobiły na pewno dziewczyny z IE, które sprawiły, że poczuliśmy się jak na koncercie heavy metalowym. Oczywiście wszyscy byli wspaniali i każdemu należały się gromkie brawa. Bal przedłużył się o godzinę, co świadczy o tym, że był bardzo udany. Warto także dodać, że pod koniec, nawet nasi Profesorowie wkroczyli na parkiet. Na pewno to wydarzenie zintegrowało nas jeszcze bardziej. Takie imprezy powinny odbywać się częściej.
|
Radościalnia :D
|
Jeszcze raz dziękuję za życzenia!
[...] Czy z zachowania stawia się teraz oceny? |
U mnie w szkole oceny z zachowania są wystawiane na podstawie punktów. W ciągu semestru zbiera się punkty: dodatnie za np. pomoc w przygotowaniu jakichś uroczystości, udział w przedstawieniach, uczestnictwo w konkursach itp., ujemne za ucieczki, spóźnienia i mnóstwo innych rzeczy. Uczeń na wejście dostaje 180 punktów. Wszyskie sytuacje, kiedy uczeń dostaje dodatnie lub ujemne punkty i ile, są opisane w specjalnym regulaminie. Pod koniec semestru wychowawca podlicza punkty i wystawia stosowne oceny (np. powyżej 250- wzorowe, od 200 do 249 bardzo dobre, itd.) Ale tak jest akurat w mojej szkole, a w niektórych szkołach oceny z zachowania wystawia się w inny sposób, np. na podstawie obserwacji uczniów.
Moja R.: Dostałam 48 na 50 punktów z próbnego testu humanistycznego. Fajnie by było, gdyby to był już ten "właściwy"...
U mnie w moim gimnazjum tak naprawdę wychowawca wystawia oceny z zachowania tak po prostu,patrząc na to czy kogoś lubi czy nie. Ja mam to nieszczęście,że mnie moja wychowawczyni nie lubi ( nie wiem nawet z jakiego powodu ) i zawsze to jej "nielubienie" odbija się na mojej ocenie z zachowania. Oprócz tego,to że mnie nie lubi,odbija się też na mojej ocenie z polskiego,którego moja wychowawczyni nas uczy. Przykładowo mam pięć 5, jedną 4 to już mam ocenę dobrą,bo ona bierze ocenę bardzo dobrą jako celującą. Masakra,ale już tylko niecałe dwa miesiące i pożegnam moje gimnazjum.
Stokrotko,a pisaliście próbne z Gazety Wyborczej i Operona,czy takie jakieś inne ?
MOJA R: Weekend.!
|
III LO w Gdańsku Wrzeszczu - "Topolówka"
|
:: Życie szkoły ::
Uczniowie III LO organizują otrzęsiny klas pierwszych, dyskoteki, koncerty zespołów muzycznych, uroczyste akademie z okazji 11 listopada i 3-go maja oraz uroczysty "Ostatni Dzwonek" - pożegnanie klas maturalnych, Walentynki.
W ramach kół przedmiotowych i fakultetów uczestniczą w spektaklach teatralnych, filmowych, wystawach artystycznych, wernisażach. Tradycją szkoły jest organizowanie wigilii klasowych w ostatnim dniu przed feriami bożonarodzeniowymi, a także przygotowanie jasełek, które są wystawiane również w innych szkołach. Klasy organizują także imprezy takie jak "Dzień Chłopaka", "Mikołajki", "Andrzejki", połowinki, urodzinowe 18-tki.
Organizatorzy Klubu Integracji Europejskiej i Klubu Myśli Politycznej zapraszają polityków, kombatantów, pisarzy i dziennikarzy. Co roku we wrześniu nasi uczniowie wyjeżdżają do Bremy lub goszczą licealistów niemieckich w Gdańsku.
W marcu obchodzimy "Dzień dla Topolówki" - uczniowie organizują konkursy czytania oraz recytowania poezji i prozy, konkurs "Szansa na sukces", konkurs szekspirowski, konkurs na karykaturę nauczyciela III LO. Dzień ten jest też "Dniem otwartym" dla uczniów szkół gimnazjalnych. Organizowane są akcje takie, jak "Sprzątanie Świata", "Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy", zbieranie funduszy dla ludzi potrzebujących pomocy.
Co roku młodzież wybiera swoich przedstawicieli do parlamentu uczniowskiego. Funkcję prezydenta pełni uczeń, który otrzymał największą ilość głosów. Kadencja prezydenta trwa rok.
60 lecie szkoły

|
| |
|
|
Józef Zbiróg
|
Pożegnanie Jana Machulskiego
wiew/pap 2008-11-28, ostatnia aktualizacja 2008-11-28 18:00
Rodzina, przyjaciele, uczniowie i miłośnicy filmów pożegnali Jana Machulskiego podczas mszy świętej w warszawskim kościele sióstr wizytek. A po mszy dwaj jazzmani zagrali aktorowi na ostatnią drogę "Blues na Kwintę" (na trąbkę i kontrabas).
Uroczystości pogrzebowe Jana Machulskiego rozpoczęły się w piątek w południe. Przed głównym ołtarzem została wystawiona urna, obok której umieszczono zdjęcie aktora, jego odznaczenia państwowe i wieńce. Do kościoła przyszli m.in. wykładowcy i studenci łódzkiej Szkoły Filmowej.
Prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Jana Machulskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Po mszy dalszy ciąg uroczystości pogrzebowych miał miejsce na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach.
Jan Machulski zmarł 20 listopada w Warszawie w wieku 80 lat.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/10,88722,6004030,Pozegnanie_Jana_Machulskiego_.html
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź
|
ZOBACZCIE TO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
|
,,Bylem na pogrzebie raczej na pożegnaniu tego ucznia Damiana < ktory popelnil samobojstwo, smutna uroczystośc.Rozegrala sie w kaplicy przyszpitalnej, na szcze ście przyszli mlodzi ludzie ze scholi i zaczęli grac pieśni katolickie, to napawalo nadzieją. Potem trumnę zabrali do krematorium , a urna ma spoczywać w ... domu u rodziców!!! Nasi chlopcy z samochodówki nie mogli sobie znależc miejsca i poszli na tory tam gdzie zginał aby zapalić świeczki i pomodlić sie , poszedlem tam z 5 osobowa grupą. Prosilem ksiedza ze szkoly o intencje mszalną, lecz są naciski ze sttrony wychowawczyni żeby tylko pomodlic sie bezimiennie, to dziwne. W gimnazjum miął on ksywke szatan, jak trzeba uwazać żeby nie otwierac sie na zło,i nawet nie wiem czy był ochrzczony, nie katechizowałem go, mam nadzieje że dobry Bóg okaże mu milosierdzie.Z Panem Bogiem , w nadziei już jestesmy zbawieni więc glowa do góry.,,
To dzis dostalam i przeczytalam na naszej klasie od przyjaciela. To smutne i sklania do glebszej refleksji.
|
Konkurs na stanowisko Dyrektora SP w Płoskach
|
Czy ktoś kto był na pożegnaniu Pani Damasiewicz , która odeszła na emeryturę - mógłby potwierdzić bądz opisać przebieg tej uroczystości . Ponoć zarówno uczniowie jak i nauczyciele - władze samorządowe urządziły piękną , jedyną w swoim rodzaju imprezę .Dla mnie to dziwne nie jest bo wiem jakim cudownym Dyrektorem była Pani Damasiewicz .Jednak nie dane mi było tam być proszę o przebieg uroczystości - mile widziane zdjęcia . Czekam z niecierpliwością. n24
|
Tribute to Jan Machulski
|
Rodzina, przyjaciele, uczniowie i miłośnicy filmów pożegnali Jana Machulskiego podczas mszy świętej w warszawskim kościele sióstr wizytek. A po mszy dwaj jazzmani zagrali aktorowi na ostatnią drogę "Blues na Kwintę" (na trąbkę i kontrabas).
Uroczystości pogrzebowe Jana Machulskiego rozpoczęły się w piątek w południe. Przed głównym ołtarzem została wystawiona urna, obok której umieszczono zdjęcie aktora, jego odznaczenia państwowe i wieńce. Do kościoła przyszli m.in. wykładowcy i studenci łódzkiej Szkoły Filmowej.
Prezydent Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Jana Machulskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Po mszy dalszy ciąg uroczystości pogrzebowych miał miejsce na Cmentarzu Komunalnym na Powązkach.
Jan Machulski zmarł 20 listopada w Warszawie w wieku 80 lat.
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź
|
ROZPOCZĘCIE ROKU.
|
Fawning wstał z trudem i wyszedł na mównicę. Wyjął z kieszeni złożony plik kartek, rozłożył i położył je na złotym, "uskrzydlonym" pulpicie. Zakaszlnął kilka razy, a na sali zapanowała cisza. - Witam wszystkich uczniów Hogwartu. Pierwszorocznych i wszystkich starszych, którzy zdążyli przyzwyczaić się do tego, jak zmienna jest nasza szkoła i że, jak mówił Arystoteles, rzeczywiście, w przyrodzie - i nie tylko - wszystko płynie. Spotykamy się z wieloma problemami, począwszy od szukania nowych nauczycieli, na borykaniu się z aferą dotyczących neośmierciożerców kończąc. Jestem w obowiązku uzbroić was w świadomość tego, że to drugie jest realnym zagrożeniem i Hogwart wcale nie jest wam w stanie zagwarantować pełnego i pewnego bezpieczeństwa - oczywiście lepiej tu, niż nawet we własnym domu, a poza tym, w grupie zwyciężymy. Najlepiej dowodzi tego przykład słynnego już Harry'ego Pottera, który z grupą przyjaciół zwyciężył Lorda Voldemorta. Tak, to brzmi niemożliwie, ale jednak. Fawning nagle zakrztusił się własną śliną, co wywołało nagły atak przeraźliwego cherlania. O mało nie zaczął się dusić... - Przepraszam, ale jestem dziś nieco niesubordynowany. Wracając jednak do Harry'ego Pottera, w tym roku będziemy obchodzić huczną rocznicę wyczynu jego i grupy jego nieodłącznych przyjaciół. Wiąże się to z pewnymi uroczystościami, które będą miały miejsce w Hogwarcie. O wszystkim poinformuję was w trakcie roku szkolnego. Tymczasem, chciałbym wam przedstawić nowych nauczycieli. Profesor Oskin Ferres uczył was będzie obrony przed czarną magią, Maxwell Ingart będzie moim praktykantem na lekcjach zielarstwa i będzie was także uczył częściowo tego przedmiotu. Profesor Genevieve Letterman uczyć będzie transmutacji, a profesor Talfryn Vaughan - zaklęć. Przyjmijcie nowych belfrów ciepło. Jednocześnie oznajmiam, że moja skromna osoba nauczać będzie w tym roku eliksirów. Plany lekcji zostaną wywieszone jutro w ciągu dnia. Dziękuję wam za uwagę i niestety, muszę się z wami pożegnać na dziś. Profesor Lori Backer dokona przydziału do domów i zapozna was z regulaminem szkoły. Fawning zebrał papiery i udał się do swego apartamentu.
|
Józef Zbiróg
|
Szkoła filmowa jedzie na pogrzeb autobusem
28.11.2008
Dziś w południe w Warszawie rozpoczną się uroczystości, związane z pogrzebem Jana Machulskiego - aktora, reżysera i wieloletniego wykładowcy Wydziału Aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej.
O godz. 12 w warszawskim kościele Sióstr Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu rozpocznie się nabożeństwo żałobne, a godzinę później - ceremonia pogrzebowa na cmentarzu na Powązkach.
Na pogrzeb "Machula", jak nazywali wykładowcę studenci szkoły filmowej, oprócz rektora PWSFTViT Roberta Glińskiego, wybierają się prorektor Andrzej Bednarek oraz władze Wydziału Aktorskiego.
- Wynajętym autobusem pojedzie około 50 studentów. Pracownicy uczelni dotrą na pogrzeb mikrobusem - mówi rektor Gliński.
Jana Machulskiego, urodzonego na Bałutach, od lat związanego z naszym miastem, a od 11 listopada honorowego obywatela miasta Łodzi, pożegna w Warszawie także prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki.
Łódź filmową reprezentować będzie również Muzeum Kinematografii.
- Ja nie pojadę, za bardzo bym to przeżyła - mówi zaprzyjaźniona z Janem Machulskim Elżbieta Czarnecka z muzeum. - Dla mnie Jan Machulski zawsze pozostanie Janem, "Machulem", który jest. Tydzień temu, kiedy rozmawialiśmy, był pewien, że spotkamy się w tym tygodniu w Łodzi.
Na pogrzeb przyjdą także uczniowie Jana Machulskiego z założonej przez niego wraz z żoną w Warszawie prywatnej szkoły aktorskiej oraz aktorzy i pracownicy ze stworzonego przez nich Teatru Ochoty. Nie zabraknie z pewnością kolegów z warszawskiego filmowego świata i kinomanów, którzy uwielbiali go w roli kasiarza Kwinto.
Anna Pawłowska - POLSKA Dziennik Łódzki
|
Czas
|
Episode one: New friends
Rozpoczęcie roku dla wszystkich uczniów jest trudne. Trzeba pożegnać się z wakacyjnymi miłościami, wyjechać od ulubionych dziadków, wrócić z udanego wypoczynku i wreszcie to co najgorsze. Trzeba wybrać się do szkoły. Jest jednak grupa, która przeżywa ten dzień jeszcze bardziej. Są to pierwszoklasiści. Nowe tereny, nowi ludzie i absolutny brak wsparcia dawnych przyjaciół, czy chociażby rodziców. Niektórzy liczą wtedy na ciepłe powitanie od strony starszych roczników. Ci się pewnie przeliczą. Inni mają nadzieję, że uda im się umknąć przed spojrzeniami. Wkrótce przekonają się, że nie. Jeszcze inni starają się być jak najbardziej wyluzowani i przebojowością zdobyć popularność w liceum. Ale to nie będzie łatwe...
Nie było już odwołania... Właśnie przebrzmiał pierwszy, tak zwany, dzwonek. A było to wezwanie na apel, który, co dowcipniejsi, nazywali apelem poległych. Pogoda dopisała, z resztą jak zwykle, dlatego uroczystość odbyła się na powietrzu. A kto na niej był? Może lepiej zapytać: kogo na niej nie było?
Uroczystości wreszcie dobiegły końca. Słońce wysoko nad horyzontem. Jeszcze można nacieszyć się resztką wakacji. Plaża? Knajpa? A może wieczorna impreza u Holly? Wszystko się okaże. Póki co mamy urocze popołudnie.
No i nadeszła wreszcie ta chwila. Wieczór i noc pełna wrażeń. Impreza u Holly się rozpoczęła. Będziemy się baaaaawić!
Po północy impreza u Holly się skończyła. Niestety pewnym incydentem. Cóż, ktoś, kiedyś powiedział, że nie ma dobrej imprezy bez bójki, ale z drugiej strony to trochę głupie, kiedy impreza rozwala się przez pobudliwych byczków nahukanych testosteronem. Tak czy siak, dzieci grzecznie się rozjechały do domów, kto chciał został u Holly... W sumie noc jeszcze młoda.
Taak... Pierwszy dzień w szkole zawsze jest trudny, a emocje z nim związane utrzymują się jeszcze długo po jego zakończeniu. Wieczorem, kiedy już leżymy w łóżkach każdy robi sobie w sercu rachunek z tego dnia. Zastanawiamy się nad tym czy dobrze zrobiliśmy, czy nasze zachowania nie przekreśliły naszych marzeń? Dla każdego z nas ten dzień wiąże się ze zmianami...
ciąg dalszy w Rezydencja Chillmanów
|
[23.06.2006] Zakonczenie roku szkolnego
|
Troszke z dystansu czasowego - ale pomyslalem, ze jak kiedys bedziemy przegladac te topicki to milo bedzie powspominac po krotce postaram sie opisac wydarzenie roku szkolnego, ktore mialo miejsce wczoraj, tj. 23.06.2006r. Wydarzenie mialo rozpoczac sie o godzinie 8:00 i byc zarezerwowane dla uczniow szkoly zawodowej i liceum niestety uczniowie popularnej zety nie dotarli a kollataj sie wykruszyl tak jak ja! Oficjalne uroczystosci w auli rozpoczely sie w okolicach godziny 9:30 Bezposrednio przed wreczylismy (razem z Asia i Piotrkiem) kwiaty pani. Agnieszce - ze wzruszenia uronila kilka kropel lez niestety po rocznej pracy w naszym LO odchodzi, a szkoda chociazby ze wzgledu na to, ze meczyla nas wieki tysiacami kolek wokol stadionu, rozciagala nas, trenowala, smiala sie z nas i upominala reda zeby nie plotkowal. Teraz nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekac na nowego nauczyciela wychowania fizycznego, ktory zostanie nam przydzielony. Spotkalismy na szkolnym korytarzy nasza kochana prof. Nowaczyk Postanowilismy wreczyc jej cos oryginalnego: Hipcia-skarbonke o pastelowym kolorze na ktorym widniak napis: Pani skarby, w srodku skarbonki znajdowaly sie karteczki z imieniem i naziwskiem kazdego z nas. Mamy cicha nadzieje, ze pani profesor sie choc troche usmiechnela rozpakowujac nasz prezent! Jak juz wspominalem wyzej, uroczystosci zaczynaly sie w okolicach godziny 9:30 wtedy to wlasnie wszyscy zebralismy sie na auli. Jak zwykle dal sie we znaki okropny upal. Panowie byli tutaj na straconych pozycjach, gdyz musieli przyjsc ubrani w garniturach Po oficjalnych przemowieniach: pana dyrektora, przewodniczacego rady rodzicow etc. pozegnalismy gromkimi brawami i glosnym spiewem prof. Kawickiego, ktory konczy swoja 40-letnia kariere w zawodzie nauczyciela. Osobiscie podziwiam pana profesora. Uwazam, ze praca nauczyciela wiaze sie z ogromnymi wyzwaniami i problemami wychowawczymi. Mam nadzieje, ze profesor teraz bedzie mial wiecej wolnego czasu i mniej zmartwien! Po przemowach odbyla sie krotka czesc artystyczna, po czym udalismy sie do swoich klas. Tam nastapilo wreczenie dyplomow za szczegolne osiagniecia a nastepnie rozdanie swiadectw. Na twarzy kazdego z nas malowala sie wielka radosc z okazji zakonczenia ciezkiego, jak wszem i wobec wiadomo (pozdr. Red) roku szkolnego, pelnego nauki i slicznych jedynek Po ostatniej wizycie w LO w tym roku szkolnym poszlismy na lody, a wieczorem tu i tam Fotorelacja z zakonczenia roku szkolnego znajduje sie w naszym albumie. Ze swojej strony chcialem zyczyc wszystkim udanych wakacji, cieplej wody w Baltyku, dobrej pogody zarowno na dworze jak i ducha Przygotowujcie sie psychicznie do nowej nazwy: klasa 2a
|
[AVI] Super Tata Big Daddy (1999)
|
Super Tata Big Daddy (1999)

32-letni Sonny Koufax wiedzie życie przyjemne, choć większość osób z jego otoczenia uważa, że jest bezproduktywne. Sonny ma opinię beztroskiego lenia. Choć z wyróżnieniem ukończył studia prawnicze na Harvardzie, postanowił nie brać udziału w wyścigu szczurów. Pracuje raz w tygodniu jako kasjer przy wjeździe na autostradę. Dodatkowy dochód przynoszą mu pieniądze z odszkodowania za złamaną kończynę, które zainwestował na giełdzie. Swój czas dzieli między bary, kręgielnie, spotkania z przyjaciółmi i randki z Vanessą. I tu pojawia się pierwszy problem, któremu nasz bohater musi stawić czoła. Vanessa oświadcza, że potrzebuje trochę czasu, by przemyśleć związek z nim i wyjeżdża do rodziców. Sonny znowu słyszy, że jest nieodpowiedzialny słowa Vanessy pobrzmiewają echem rozmów, które toczy z rodzicami i przyjaciółmi. Współlokator i kolega ze studiów Sonnyego Kevin dostaje intratną propozycję wyjazdu do Chin. Podczas uroczystego przyjęcia z okazji pożegnania Kevin oświadcza się swojej dziewczynie Corrine zaprzysiężonemu wrogowi Sonnyego. Każde spotkanie Corrine i Sonnyego to zacięty bój. On jej wypomina, że w czasach studenckich dorabiała jako roznegliżowana kelnerka w restauracji sieci Hooters, a ona nazywa go pasożytem. W chwili, gdy Kevin właśnie dojeżdża na lotnisko, do drzwi mieszkania Sonnyego zostaje dostarczony... 5-letni chłopczyk, Julian. Z listu, który ma przy sobie dziecko wynika, że jest synem Kevina i właśnie przyjechał z Buffalo, by zamieszkać z tatą. I wtedy Sonny wpada na doskonały pomysł. Czyż zaadoptowanie dziecka nie będzie najlepszym sposobem, by wykazać się odpowiedzialnością. Podając się więc za Kevina dzwoni do opieki społecznej i oświadcza, że zaopiekuje się synem. Julian jest milutki i rezolutny, ale wychowywanie dziecka wymaga pewnych poświęceń. Mały chce jeść, pić, spać, a do tego niestety robi siusiu. Czasem nie udaje mu się zdążyć do ubikacji i w łóżku powstaje wielka kałuża. Sonny radzi sobie z tym jak może i z nadzieją czeka na przyjazd Vanessy. Chce razem z nią wychowywać Juliana. Niestety, Vanessa znalazła sobie nowego narzeczonego zaradnego, starszego pana. Załamany i odtrącony świeżo upieczony tata postanawia oddać Juliana. W biurze kuratora, pana Brooksa dowiaduje się, że dziecko czeka pobyt w sierocińcu. Malec jest sam na świecie, jego mama umarła. Na to czułe serce Sonnyego nie może pozwolić. Zabiera go do domu. Stosuje nowoczesne, nie stresujące metody wychowawcze. Efekt jest taki, że malec chodzi w płetwach i wielkim kapeluszu, pluje na odległość, niezbyt ładnie pachnie, podkłada ludziom nogi, a plamy na podłodze przykrywa gazetami. W tym oryginalnym procesie wychowawczym dzielnie pomagają Sonnyemu przyjaciele nielegalny emigrant zajmujący się dostawą jedzenia na telefon i para kolegów ze studiów gejów. Opamiętanie przychodzi, gdy pani przedszkolanka zwróci uwagę tacie, że oryginalne zachowanie syna jest niedopuszczalne. Sonny natychmiast zmienia front i wkrótce chłopczyk zbiera same pochwały jako wzorowy uczeń. Dzięki Julianowi udało się Sonnyemu poznać piękną i miłą dziewczynę Laylę. Oboje bardzo przypadli sobie do serca. Layla ambitna prawniczka, jest siostrą znienawidzonej Corrine. Opinie siostry o Julianie nie mają jednak na nią wpływu. Uczucie zaczyna rozkwitać, choć Layla zarzeka się, że praca jest dla niej najważniejsza. Tymczasem pan Brooks z opieki społecznej orientuje się, że Sonny podszył się pod Kevina. Sprawa ma swój finał na sali sądowej. Mimo efektownego procesu i ognistych przemów Sonny walkę przegrywa. Na szczęście z Chin przyjeżdża Kevin i przejmuje opiekę nad synem. Mija trochę czasu. Sonny, wzięty prawnik i jego żona Layla, spotykają się ze swoimi przyjaciółmi Kevinem, Corrine i ich synkiem Julianem w restauracji Hooters...
|
Benedykt XVI w Krakowie ...
|
Nowa wersja programu pobytu Ojca Świętego Benedykta XVI w Archidiecezji Krakowskiej w dn. 27-28 maja br.
2 marca br. podczas spotkania krakowskiego komitetu organizacyjnego pielgrzymki Ojca Świętego Benedykta XVI do Polski ks. bp Józef Guzdek poinformował o kilku zmianach w programie. Poniżej przedstawiamy zaktualizowaną wersję programu pielgrzymki i orientacyjne godziny spotkań Ojca Świętego z Polakami.
Papież odwiedzi Polskę w dniach 25-28 maja. Wizytę w ojczyźnie Jana Pawła II rozpocznie w Warszawie. Następnie odwiedzi sanktuarium na Jasnej Górze. Z Częstochowy Benedykt XVI przybędzie do Krakowa.
W sobotę 27 maja rano papież Benedykt XVI odprawi Mszę św. w kaplicy Domu Arcybiskupów Krakowskich (ul. Franciszkańska 3). Następnie uda się samochodem do rodzinnego miasta swojego poprzednika Jana Pawła II – Wadowic. Tam około południa nawiedzi bazylikę Ofiarowania NMP i dom rodzinny Karola Wojtyły oraz spotka się z mieszkańcami miasta. Przewidziane jest krótkie przemówienie Papieża. Z Wadowic Ojciec Święty uda się z prywatną wizytą do sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej.
Także w sobotę, późnym popołudniem, Benedykt XVI nawiedzi Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie będzie się modlił przy relikwiach św. Faustyny. W bazylice Bożego Miłosierdzia spotka się z chorymi i niepełnosprawnymi. Na to spotkanie zaproszono 800 chorych oraz ich opiekunów.
Około godziny 18.30 Benedykt XVI spotka się z młodzieżą na krakowskich Błoniach. Pierwotnie planowano, że ogólnopolskie spotkanie Papieża z młodzieżą odbędzie się w Łagiewnikach, ale względy bezpieczeństwa i oczekiwana wielka liczba pielgrzymów spowodowały zmianę miejsca spotkania. „W Łagiewnikach moglibyśmy przyjąć tylko 50 tys. młodych, a trzeba pamiętać, że w samym Krakowie studiuje ponad sto tysięcy osób, nie licząc uczniów gimnazjów i liceów. Spotkanie ma charakter ogólnopolski, spodziewamy się więc większej ilości młodzieży" - wyjaśnia bp Józef Guzdek, przewodniczący krakowskiego komitetu organizacyjnego pielgrzymki. Na Błoniach, u zbiegu ul. Piastowskiej i Rudawy stanie scena, wokół której będzie mogło się zgromadzić nawet dwieście tysięcy osób.
W niedzielę o godzinie 9.30 na krakowskich Błoniach, przy tzw. kamieniu papieskim rozpocznie się uroczysta Msza św., której przewodniczył będzie Ojciec Święty Benedykt XVI. Polowy ołtarz znajdzie się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie stawał podczas pielgrzymek Jana Pawła II. Po południu Ojciec Święty uda się z wizytą do byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz w Oświęcimiu. Odwiedzi także oświęcimskie Centrum Modlitwy i Pojednania oraz będzie się modlił w intencji ofiar KL Auschwitz-Birkenau.
Wczesnym wieczorem z Oświęcimia papieski orszak uda się na lotnisko Kraków-Balice, gdzie nastąpi oficjalne pożegnanie Jego Świątobliwości i zakończenie pierwszej wizyty apostolskiej Benedykta XVI w Polsce. |
wiadomość podana za stroną diecezjalną; www.diecezja.pl
Oczywiście dla nas najważniejsze będzie własnie to spotkanie z młodzieżą - już teraz powinniśmy zacząć przygotowania - myślę, że nie zabraknie tam żadnego forumowicza
|
Dni Papieskie
|
Od 13 do 16 pażdziernika w Bełchatowie będą obchodzone Dni Papieskie. Myślę, że warto być tam i wspomnieć naszego wspaniałego Papieża.
Program ze strony Dolsatu:
Dn. 13.10.2005 r. „Dzieci Ojcu Świętemu”:
Godz. 10.00
– „Serduszka dla Papieża” od dzieci z bełchatowskich przedszkoli
Godz. 15.00
- Warty honorowe delegacji szkół przy pomniku Papieża
Godz. 16.00
- Montaż słowno-muzyczny w wykonaniu uczniów SP Nr 9 i 13 w Oratorium Jana Pawła II
Godz. 20.00
- Różaniec Fatimski – ulicami miasta
(początek- kościół pw. NMP Matki Kościoła –przemarsz pod pomnik Papieża przy Parafii Narodzenia NMP).
Godz. 21.00
-Apel Jasnogórski przy pomniku Jana Pawła II
Dn. 14.10.2005 r. „ Dzień Pomocy Bliźniemu”:
- Działania charytatywne młodzieży.
godz. 19.00 Muzeum Regionalne:
- Uroczyste przekazanie Księgi Kondolencyjnej siostrom zakonnym do Domu Rodzinnego Ojca Świętego w Wadowicach
- „Papieski program wybrzeża ciszy” - w wykonaniu teatru BAT
- Recital pianistyczny „W hołdzie Papieżowi” w wykonaniu Janusza Florczyka absolwenta Akademii Muzycznej w Katowicach oraz Królewskiego Konserwatorium Muzycznego w Brukseli.
godz. 21.00
-Apel Jasnogórski przy pomniku Jana Pawła II
Dn. 15.10.2005 r. „Wspomnienia”:
Godz. 8.00-20.00 – budynek Urzędu Miasta
- Wpisy mieszkańców do Księgi Wspomnień
Godz. 15.00 sala kinowa Miejskiego Centrum Kultury:
- Pokaz filmu o Janie Pawle II pt. „Pożegnanie” (230 min),
Godz. 19.00 teren za Miejskim Centrum Kultury:
- Spotkanie z piosenką oazową przy ognisku,
Godz. 21.00:
-Apel Jasnogórski przy pomniku Jana Pawła II.
Dn. 16.10.2005 r. „Dzień Jedności”:
Godz. 16.00
- Warty honorowe delegacji szkół średnich i zakładów pracy przy pomniku Jana Pawła II,
Godz. 18.00 ołtarz przy budynku Urzędu Gminy Bełchatów ul. Kościuszki:
- Msza święta w intencji Jana Pawła II od mieszkańców Bełchatowa,
godz. 19.15
- złożenie kwiatów pod pomnikiem Jana Pawła II,
Godz. 19.30
- Koncert w wykonaniu zespołu „DEUS MEUS” (z udziałem min. Marcina Pośpieszalskiego, Roberta Drężka, Thomasa Sancheza, kwartetu smyczkowego, sekcji dętej i chóru.),
Towarzyszące:
Dn. 11.10.2005 r. Publiczne Gimnazjum Nr 3:
- Międzygimnazjalny konkurs „Jan Paweł II Wielki - największy autorytet we współczesnym świecie”,
Dn. 13.10.2005 r. Publiczne Gimnazjum Nr 1:
- Międzyszkolny konkurs „Charaktery krystalizują się wokół wartości”,
Dn. 13- 30.10.2005 r. Oratorium im. Jana Pawła II:
- „Jan Paweł II Honorowy Obywatel Miasta Bełchatowa” w fotografii Mariana Wójcika,
- Przyjmowanie w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej od mieszkańców miasta publikacji poświęconych Janowi Pawłowi II do Działu Papieskiego.
Dn. 16.10.2005 r.:
Godz. 13.00- kościół pw. „Wszystkich Świętych” w Grocholicach:
- Finał konkursu „Jan Paweł II w poezji”,
Godz. 16.00 Oratorium im. Jana Pawła II
- Otwarcie wystawy filatelistycznej Koła PZF Bełchatów pt. „Pontyfikat Jana Pawła II 1978-2005”;
- stoisko pocztowe z kasownikiem okolicznościowym „Dzień Papieski”.
Dn. 20.10.05 r. godz. 18.30 Oddział MCK „Gwarek”:
- Spotkanie poświęcone pamięci papieża Jana Pawła II.
Kiermasz kremówek papieskich w dniach 13 i 16 października 2005 roku
|
ZAKOŃCZENIE ROKU SZKOLNEGO
|
I jeszcze słów kilka o… ZAKOŃCZENIU ROKU SZKOLNEGO w Szkole Podstawowej w Rokietnicy
Już na wstępie tego krótkiego, tzw. sprawozdania, przepraszam, że tak późno piszę ten tekst, ale obowiązki służbowe zmusiły mnie do wyjazdu natychmiast po zakończeniu roku szkolnego. Jestem jednak winien państwu, szanownemu gronu pedagogicznemu, a także dzieciom, tych kilka słów. Mam do dnia dzisiejszego w swojej pamięci tę niesamowitą atmosferę jaka miała miejsce podczas zakończenie roku szkolnego gdy jeszcze sam byłem uczniem. To cudowne uczucie, kiedy po pracowitym roku szkolnym mamy świadomość, że zbliżają się wakacje, które kojarzą nam się z latem pachnącym miętą i nie tylko, z wypoczynkiem, wyjazdami, przygodami, nowymi znajomościami i wreszcie – z czasem wolnym wykorzystywanym w dużej mierze swobodnie i dowolnie. Jako rodzic pierwszoklasisty byłem obecny na tegorocznym zakończeniu roku szkolnego, jednej z najważniejszych uroczystości szkolnych. Niestety, stałem w gronie nielicznych Rodziców (około 70 – ciu, na prawie 400 uczniów szkoły podstawowej) i robiło mi się zwyczajnie smutno widząc tę garstkę. Oczywiście mam świadomość i częściowo to rozumiem, że wielu z nas pracowało w tym czasie, i fizycznie nie mogło w niej uczestniczyć. A szkoda. Wielka szkoda, gdyż dla dzieci, jest to wyjątkowy dzień roku – podsumowujący jego całoroczny trud i wysiłek, i sądzę, że wolały by te chwile dzielić z Rodzicami, rodzeństwem czy szeroko rozumianą rodziną. Szczególnie ważny był ten dzień dla pierwszoklasistów i szóstoklasistów. Ci pierwsi zakończyli z powodzeniem pierwszy, nie bez obaw rozpoczynany, rok nauki, a drudzy stanęli przed pierwszym poważnym wyborem – wyborem gimnazjum. Tak bardzo widoczne było poszukiwanie wzrokiem przez te najmniejsze dzieci swoich rodziców oraz oczekiwanie akceptacji artystycznego pożegnania szkoły podstawowej oraz młodszych koleżanek i kolegów - przez szóstoklasistów. Przecież każdy z nas i dorosły i dziecko, lubi być chwalony, tym bardziej, że powodów do pochwał i radości nie brakowało. Kolejny akcent, podczas zakończenia roku szkolnego, który nie napawał radością, to atmosfera związana z pożegnaniem kilku nauczycieli odchodzących z różnych powodów z tej szkoły, oraz, a właściwie przede wszystkim z odejściem ze stanowiska Pani Dyrektor Szkoły Podstawowej w Rokietnicy - Ewy Kłosin. Reorganizacja szkoły (w domyśle oczywiście powstanie „zespołu szkół podstawowo – gimnazjalnych), jakiej dokonał organ prowadzący czyli Wójt, wymagała zwolnienia Dyrektorów obu szkół. Dodam, że Pani Dyrektor Gimnazjum odeszła na emeryturę i cała ta nowa sytuacja tak naprawdę jej nie dotyczy, natomiast zdecydowanie dotyczy Panią Dyrektor Szkoły Podstawowej. Dlatego trudno pogodzić się ze sposobem i formą potraktowania Pani Dyrektor Ewy Kłosin przez władze gminy. W końcu, gdyby nie te innowacje mogłaby Ona pracować do 2010 roku. Ale przecież i w takich sytuacjach możliwe są bardziej cywilizowane zakończenia. Myślę tu o podsumowaniu przez organ prowadzący czyli Wójta – kadencji Pani Dyrektor i jakimś bardziej oficjalnym podziękowaniu, niż to które miało miejsce. Dla niewtajemniczonych dodam, że przemawiał, a właściwie – zabrał głos jedyny przedstawiciel wspominanego już organu prowadzącego – zastępca wójta – Pan Jacek Smusz. Pozwolę sobie w tym miejscu na małą osobistą dygresję, a mianowicie widziałem i słyszałem dobre przemówienia na zakończenie roku szkolnego w wykonaniu Pana Jacka Smusza, ale w tym roku były to może trzy zdania, pozbawione emocji i bardzo ogólne. Po prostu czegoś zabrakło… Na szczęcie nie zabrakło serdecznych słów podziękowania ze strony nauczycieli, administracji szkolnej, Rady Rodziców i oczywiście dzieci. Mimo, iż wspomniana wyżej Rada Rodziców w imieniu Rodziców podziękowała Pani Dyrektor za Jej trud i pracę na rzecz naszych dzieci, to korzystając z miejsca na Forum – jeszcze raz to czynię. Dziękuję Pani Dyrektor za dobrą i efektywną pracę, za pasję zawodową, zaangażowanie, za uśmiech. Pani Rodzice, emerytowani nauczyciele, powinni być dumni z postawy, jaką Pani zaprezentowała w ostatnich kilku miesiącach.
Andrzej Kijowski
|
RÓŻANIEC
|
Miesiąc Różańca, spotykania z Jezusem przez modlitwę Maryjną. Na ten temat odbył się w DR Dzień Skupienia, z którego relację także można znaleźć na Forum. Różaniec jest modlitwą i łatwą i trudną.
PRZYJACIELE DR PRAGNĄ PODZIELIĆ SIĘ osobistymi refleksjami nad Tajemnicami Światła, które odmawiamy dzięki wprowadzeniu ich do modlitwy różańcowej przez papieża Jana Pawła II
1. Chrzest Jezusa w Jordanie Bóg - Człowiek wchodzi w wypełnianie misji - zanurza stopy w wodzie Jordanu, a Boży Duch zstępuję i objawia kim JEST. Św.Jan Chrzciciel rozpoznaje w Nim Mesjasza, a może jeszcze ktoś, o którym nie jest napisane - przecież tłumy szły, nad Jordan po Janowy Chrzest. "Bóstwo wychodzi z ukrycia" My te dostąpiliśmy łaski wstąpienia przez Sakrament Chrztu Św. do Jednego Ciała Kościoła. Staliśmy się Świątynią Bożego Ducha. Czy pamiętamy o tym na codzień ? czy znajdzie się chociaż jedna osoba w naszym życiu, która to będzie mogła kiedyś poświadczyć, że: tak faktycznie, ten człowiek ma w sercu Boga ...
2. Objawienie Jezusa na weselu w Kanie Galilejskiej Jezus jest obecny na weselu w Kanie, gdzie zabrakło wina, czyli w znaczeniu biblijnym miłości. Bóg przychodzi do miejsc gdzie brakuje miłości i wypełnia te przestrzenie swoją obecnością. Tylko On jest w stanie wypełnić pustkę i zaspokoić najgłębsze potrzeby.
3. Głoszenie Królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia Człowiek ma w sobie rys pozostawiony przez Boga, który to rys odzywa się w nim pragnieniem więzi z czymś nadprzyrodzonym. Smutne jest gdy odmawiając Bogu realizujemy to pragnienie w sposób wypaczony i błędny - gdy odrzucając Boga Prawdziwego - tworzymy sobie bożki jak izrealici na pustyni, którzy chwałę Boga zamienili na "chwałę" bydlęcia ze złota. Widząc jednak często te wszystkie smutne i błędne drogi z tym większym podziwem, radością i wdzięcznością możemy patrzeć na naszą Drogę, na Jezusa Chrystua, który powiedział "Ja jestem Drogą i Prawdą i Życiem". I tym bardziej możemy docenić i radować się tym, że sam Bóg przybył do nas niezdolnych aby sięgnąć do Niego. Jak modlimy się w czasie Eucharystii "Wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam, Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka". Jezus, który jest Drogą i Prawdą i Życiem radował się mogąc obdarowywać nas prawdą. I gdy przybył do ludzi jako ich brat, sam głosił i posłał głoszących aby dawali wszystkim świadectwo, że choć teraz jesteśmy obywatelami świata okaleczonego i pełnego trudu i smutku - to dla wszystkich, którzy w Jezusie wybiorą swoją Drogę jest przeznaczone i przygotowane od założenia świata inne królestwo, królestwo Boga, w którym wszyscy są błogosławieni i w którym "każdą łzę otrze Bóg z ich oczu". I każdy kto wybierze Jezusa jako swoją drogę, już pośród tego świata może się stać obywatelem tego Królestwa i doznawać przedsmaku jego chwały łącząc się w Komunii z Emmanuelem "Bogiem z Nami". Dziękujemy Ci Panie za to, że jako Pan całego istnienia nie wybrałeś nic mniejszego aby nam ukazać swoją szczodrość - nic mniejszego od Królestwa samego Boga.
4. Przemienienie na Górze Tabor Jezus najważniejsz rzeczy robił na górze: na Górze naucza, na Górze się przemienia i w końcu na Górze umiera... Teraz też wyszedł na Górę, pokonał drogę aby wejść na szczyt. Przemiana dokonała się dopiero na szczycie, ale ona trwała już w czasie trudnej drogi. Samo podjęcie drogi nie powoduje przemiany. Trzeba osiągnąć szczyt...! Wówczas dopiero możliwa jest prawdziwa przemiana, którą wskazał nam Jezus Chrystus.
5. Ustanowienie Eucharystii Ustanowienie Eucharystii jest dla mnie takim uroczystym pożegnaniem się Jezusa ze swoimi uczniami. Jestem bardzo uradowany, tym że Jezus pozostał z nami w cudowny sposób - w postaci eucharystycznej. Dzięki Niej mogą się z Nim spotykać, a kiedyś wejść do Królestwa Bożego. |
Czy lubimy się modlić Różańcem? Co nas zachęca (lub zniechęca) do tej modlitwy ? Czy dajemy sobie czas na rozważanie w Różańcu ? Czy odmawianie Różańca podczas np. jazdy samochodem to dobry pomysł ?
|
O Bożym Ciele - radykalnie
|
Tabliczka sumienia 2008-05-22
Pouczanie Boga
Franciszek Kucharczak franku@goscniedzielny.pl
Myśl wyrachowana: Gdyby Bóg robił wszystko, czego życzą sobie ludzie, nie miałby dla kogo tego robić.

Rok temu napisałem, że kto idzie w procesji Bożego Ciała, deklaruje tym samym poparcie dla tego wszystkiego, czego uczy Chrystus, a zatem dla życia od poczęcia, dla normalnej rodziny i tak dalej. Do-stałem potem sporo listów. Jeden pan napisał, że jeśli ktoś zechce interpretować jego udział w procesji jako sprzeciw wobec „wolnego wyboru kobiet”, to on na procesję nie pójdzie. Bo nie może zamykać oczu na dramaty matek, na tragedie porzuconych dzieci, tra ta ta. No i mam uważać, co piszę, bo mogę się przyczynić do zmniejszenia frekwencji w procesjach.
Nie przeceniam swoich możliwości, ale gdybym się do takiego zmniejszenia przyczynił, to bym wyrzutów sumienia nie miał. Skoro ktoś uważa, że idąc za Jezusem, robi łaskę Kościołowi, no to może niech jednak zostanie w domu. Niech tam sobie popiera „wolny wybór kobiet”, a „dramaty i tragedie” ocalonych dzieci niech przeżywa nad puszką piwa. Dla tego rodzaju opinii to właściwsza scenografia niż monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Sztuczny tłum to się robiło na pochodzie pierwszomajowym. Tam faktycznie chodziło o pokazanie, że wszyscy popierają to, czego nie popierał prawie nikt. To była rewia kłamstwa i święto hipokryzji – maskarada jak olimpiada w Pekinie. Ale na Boże Ciało naprawdę nikt iść nie musi. Proszę nie opowiadać o presji środowiska i naciskach proboszcza. Jeśli ktoś robi coś wbrew przekonaniu, niech nie zwala winy na księdza lub opinię sąsiadów, bo przyczyną jest jego własny brak odwagi cywilnej.
Za Jezusem idzie się z własnego wyboru. I powinni iść za Nim – uwaga! – wyłącznie grzesznicy. Wyłącznie! Ale właśnie w tym problem, że dziś mało kto uważa się za grzesznika. Teraz ludzie nie grzeszą – oni mają tylko różne poglądy, preferencje i orientacje. Za Jezusem powinni iść ludzie słabi, ale dziś mamy samych mocarzy. Powinni iść słuchacze, a mamy gadaczy. Zamiast uczniów, ciągnie się za Jezusem tłum jego nauczycieli. Tacy wiedzą lepiej, co jest dobre i zamiast Jezusa słuchać, chcą, żeby firmował ich własne poglądy. Gdyby monstrancja miała odpowiednie gabaryty, pewnie niejeden „autorytet” już by w niej siedział.
Dwa lata temu z okładem dostałem list od dziewczyny, którą wessał seks lesbijski. „Byłam rasowym »homikiem«” – napisała. Ale jej mama nie dawała spokoju Panu Bogu. I Bóg zesłał dziewczynie łaskę w dniu śmierci Jana Pawła II. Oto fragment listu: „Otwierały mi się powoli oczy, coraz więcej się modli-łam, a do mojego ówczesnego życia budził się we mnie niesamowity wstręt. Już sobie nie tłumaczyłam, że to normalne, że mam prawo kochać inaczej. Dniem przełomowym było tegoroczne Boże Ciało. Szłam za Jezusem w procesji.... i to było coś niesamowitego. Wtedy ostatecznie pożegnałam się z tamtym życiem i zaczęłam nowe, lepsze, bo z Bogiem”. Musi być coś niezwykłego w uroczystości Bożego Ciała, skoro sam Bóg kilka wieków temu doprowadził do jej ustanowienia. Musi być do niej przywiązana jakaś nadzwyczajna łaska. Ale na pewno nie jest to ta łaska, którą raczą robić Jezusowi ludzie.
http://goscniedzielny.wia...104798052&katg= |
Do przemyślenia
|
Misha Hyugga
|
Wioska : Konoha,
Identyfikator : 10240521
Imię i Nazwisko postaci : Misha Hyuuga
Wiek : 12
Ranga: Uczeń Akademii
Zen : 500
Specjalizacja :
Statystyki:
Siła : 6 Wytrzymałość : 6 Szybkość : 2 Opanowanie Chakry : 6 Natura Chakry : Katon [ogień]
(Oprocz tego sa jeszcze statystyki dotyczace jutsu w ktorych jest do rozdania wg. uznania 5 Pkt:.) Genjutsu : 1 Ninjutsu :2 Taijutsu : 2
Techniki : (Podstawowe Jutsu) - Bunshin No Jutsu - Kawarimi No Jutsu - Hange No Jutsu
Imiona Rodziców/Opiekunów: Nanaka i Minoru
Historia : Misha Hyuuga pochodzi z bocznej gałęzi klanu. Jej rodzice, Nanaka i Minoru, od dawna pogodzeni z losem, nie przejmowali się tym, że jej życie może różnić się znacząco od życia innych. Dziewczynka przyszła na świat wiosną, gdy rozkwitały kwiaty wiśni. Jej matka, zadowolona z pięknej pory, rodziła z uśmiechem na ustach. Był przy nich również ojciec Mishy. Przyszło na świat silne i zdrowe maleństwo. Już po kilku miesiącach dziewczynka uśmiechała się i śmiała. Zadowoleni z niej rodzice, trzymali ją zdala od jakichkolwiek zagrożeń. Matka starannie opiekowała się nią, natomiast ojciec zarabiał na utrzymanie. Można powiedzieć, że była to wzorcowa rodzina. Życie pełne miłości i szczęścia. Gdy Misha miała 5 lat, w głównej rodzinie, przyszły przywódca klanu ukończył trzeci rok życia. Tego dnia naznaczoną ją pieczęcią. Nie miała pojęcia co to oznacza. Nosiła na czole bandaż, którego ojciec nie pozwalał jej zdejmować. Wreszcie jednak pogodził się z jej losem, a ona sama nie miała niczego, nikomu za złe. Kolejne lata były szczęśliwe dla całej rodziny. Ojciec uczył nieco Mishę tego jak należy się ruszać, aby używać Jyuken czy też najzwyklejszego taijutsu. Poznała także podstawowe ninjutsu typu kawarimi czy henge. Z biegiem czasu okazało się, że mama dziewczynki jest ciężko chora. Nie dała jednak niczego po sobie poznać. Minoru dowiedział się jednak. Prawdę starannie skrywali przed córką, aby nie dowiedziała się ona niczego. Nie chcieli jej martwić. Dla tak młodego dziecka, mógłby to być duży cios. Był piękny, słoneczny dzień. Nanaka, matka Mishy, została wezwana do Hokage. Okazało się, że musi wyjechać. Jej stan zdrowia jest tragiczny, potrzebuje leczenia poza granicami wioski. -Radźcie sobie beze mnie. Misha, kocham cię. Bądź grzeczna i słuchaj ojca. Minoru... Będę tęsknić. Kocham was... Pożegnali się. Nanaka wyjechała. Wysyłała do nich listy, częste i długie, jednak to nie zastępowało jej. Ojciec Mishy od tamtego dnia ciągle chodził spochmurniały i przygaszony. Stracił całą swoją radość z życia i zaprzestał treningów z córką. Ona również nie miała na nie ochoty. Jako ośmioletnia dziewczynka przestała być tryskającym życiem dzieckiem. Zamknęła się w sobie. Po pół roku przyszedł list. Ostatni o Nanace, jednak nie od niej, a ze szpitala, w którym leżała. Gdy Minoru go przeczytał, to w głowie kołatały mu się tylko dwa słowa: "nie żyje". Przyzwał do siebie Mishę i powiadomił ją o tym. Dostrzegł tylko łzy na twarzy swojej córki. Po chwili wybiegła już z salonu i popędziła do swojego pokoju. Zastanawiał się czy pójść za nią. Doszedł jednak do wniosku, że musi. Misha była wszystkim co mu pozostało po Nanace. Pojął, że musi poświęcać jej uwagę, a teraz dwa razy więcej. Musi zastąpić jej matkę i równocześnie być ojcem. Pogodzić opiekuńczość ze szkołą życia... Dzięki ojcu Misha powoli odbudowywała swoją psychikę po utracie mamy. Obojgu im było ciężko, jednak wspierali się wzajemnie. Główna rodzina klanu średnio interesowała się dziewczynką. Od czasu do czasu wraz z ojcem pojawiała się na uroczystościach klanowych. Nic poza tym. Misha dość dobrze opanowała taijutsu. Podstawowe ninjutsu nie były jej obce. Wychowywała się pod opieką ojca. Nigdy nie opuszczała wioski i żadko kontaktowała się z rówieśnikami. Była jednak osobą miłą i uczynną. Pomagała ojcu. Od utraty matki minęły cztery lata. Misha w marcu ukończyła 12 rok życia. Ojciec postanowił, że wraz z rozpoczęciem roku szkolnego, zapisze ją do akademii.
Nindo : Nie rób durgiemu co tohbie nie mile
Marzenia : zostać wspaiałym ninja
Plecak : (Początkowe Wyposażenie) 25 Shurikenów, 10 Kunai, 1 Shuriken Demonicznego Wiatru,
|
Choroba Wściekłych Powideł
|
"Ostrzegam! nie odpowiadam za konsekwencje po przeczytaniu wulgaryzmów zamieszczonym w tym ficu"
2. Ach, te kurczaki.
- No nareszcie! Niedługo wyżerka! - Viki nie mogła doczekać się chwili, kiedy zatopi zęby w pysznym kurczaku z sosem, którego składu jeszcze nie odgadła. Po pewnych zmaganiach z bagażami - oraz Pelagią, która dostała wścieklizny roku - cała piątka stanęła na stacji w Hogsmeade. Viki wzięła głęboki oddech. Tutaj nawet powietrze niosło w sobie zapach magii. Nikomu tego nie mówiła, ale za tym zapachem tęskniła najbardziej. Niestety Pela zniszczyła uczucie spokoju, gdyż tylko sobie znanym sposobem wydostała się z klatki i zaczęła nękać Pottera. Widocznie na jego głowie upatrzyła sobie gniazdo. Chłopcy w pierwszej chwili się wystraszyli i chcieli biedakowi jakoś pomóc, ale po chwili doszli do wniosku, że jednak takie tortury mu się należą i go zahartują. Biedny chłopak bronił się jak mógł. Lecz po zapewnieniach Viki, że: - I tak z nią nie wygrasz. dał sobie spokój. Chodził teraz z zadowoloną z siebie sową na głowie. Trzeba przyznać, że wyróżniał się z tłumu. - Ależ jesteś trendi - dokuczał mu Syriusz z bananowym uśmiechem na twarz. Kiedy James dostawał już białej gorączki i szukał wzrokiem jakiegoś okazałego pierwszaka, którym mógłby rzucić w Blacka Peter zapiszczał: - Nowe powozy! Równo w rządku czekały za nimi środki transportu, które miały ich bezpiecznie dowieźć do zamku. "Bezpiecznie" traciło trochę na znaczeniu, gdy zobaczyło się stwory, które były zaprzęgnięte do powozów Ogromne zielono-granatowe jaszczurki* zaprzężone do tychże powozów, zawsze robiły ogromne wrażenie na uczniach. Czasami ogromne wrażenie robili też uczniowie na tych stworach, które od czasu do czasu chciały bliżej poznać jakiegoś osobnika. Nierzadko kończyło się to bliznami. Viki, jako jedna z wielu wolała się do nich za bardzo nie zbliżać. Huncwoci natomiast namiętnie bawili się w "Podejdź Jak Najbliżej Potwora I Nie Daj Się Zabić". Podczas, gdy dziewczyna uważnie obserwowała zwierzaki, co by się który za bardzo nie zbliżył chłopcy starannie wypatrywali najczystszego powozu. - Bierzemy ten! Chodźcie! - James był podekscytowany. - Ale są tylko cztery miejsca... - Peter zrobił smutną minę, kiedy zajrzał do powozu. - Nie ma kurna sprawy. Pojadę zaraz za wami - powiedziała Viki trochę smutnym tonem. Miała do opowiedzenia jeszcze parę fajnych dowcipów, a z doświadczenia wiedziała, że już nie będzie raczej okazji do rozśmieszenia chłopaków. Nie wierzyła, że ta znajomość zaprocentuje. - Nie ma mowy! Jedziesz z nami i tyle! - Syriusz i reszta nawet nie chcieli słyszeć o rozdzieleniu grupy. - Ale bagaże się nie zmieszczą. - powiedział rzeczowo Lupin odruchowo pocierając brodę kciukiem i palcem wskazującym. - Dobra. To ja pojadę z wami, ale te cholerne bagaże mogę zostawić w następnym kurna powozie. W przyszłości kufry powinny być dowożone osobno! Ot, co! - Viki zaczęła się pieklić i wygłaszać mowę pod tytułem "poskarżę się dyrektorowi". - Ok, ok. Dziewczyno... zwolnij, bo nie zdążymy na uroczystość. Szybko! Bo ci kurczaki uciekną! - Syriusz zaczął się śmiać. - Zara! Nie poganiaj mnie. - zaperzyła się i trochę porumieniała. Kiedy podchodziła do następnego powozu słyszała jak o niej gadają. Nie sprawiło jej to przyjemności. W swoim mniemaniu ona mogła każdego obgadywać, ale ją?? Co to, to nie! - Sorry. Mogę tu zostawić kurde kufer? - zapytała, nadal patrząc w kierunku chłopaków i próbując odgadnąć z ruchu warg, co mówią. - Nie możesz Wiktorio. Ale żeby takie przekleństwa w ustach arystokratki? Ach przepraszam, przecież Ty jesteś "upadłą arystokratką". Twój kufer jest brudny. Mógłby pobrudzić mi szatę. Głos był zimny i wyniosły. Odwróciła się szybko w kierunku mówiącego. Był to Lucjusz Malfoy. Przystojny blondasek. Ślizgon. W streszczeniu: niezłe, wredne ciacho. - Myślę, że ten powóz nie należy tylko do ciebie Blondi, więc zapytam współtowarzyszy. - przybrała maskę "jestem wielka i tobą pomiatam". Co prawda trochę jej to nie wychodziło, ale i tak było lepiej niż w poprzednich latach. W końcu straciła pół wakacji siedząc przed lustrem i ćwicząc przydatne miny. Zwróciła się do chłopaka siedzącego naprzeciw Lucjusza. - Mogę.... - głos ugrzązł jej w gardle. Chłopakiem tym był Severus Snape. Nic nie odpowiedział. - Co Lucjusz? Jesteś za gruby i nie zmieścisz jednego kufra więcej? A może twoja duma nie pozwala ci pomagać ludziom? Viki usłyszała szyderczy głos obok siebie. Syriusz zaniepokojony dosyć długą nieobecnością dziewczyny, podszedł do niej, a gdy zauważył Malfoy'a i Snape'a wprost nie mógł powstrzymać się od paru uwag na temat wyglądu Lucjusza i jego kolegi oraz ich manier. Severus i Viki nadal się w siebie wpatrywali. I Lucjusz i Syriusz to dostrzegli, bo błyskawicznie oboje powiedzieli: - Spadajcie już.
Kufer pojechał z trzema Puchonami
W Sali było bardzo tłoczno. Viki okryta szkolnym płaszczem szła tępo za Lupinem. Co chwila odbijała się od czyjegoś ramienia, tudzież głowy. "Czemu Sev nic nie powiedział? Przecież mógł mi pomóc. Ale czemu ja się tak tym przejmuję! Żałosne...". Najlepsze miejsca na końcu stołu zaraz koło nauczycieli były już zajęte. Chłopaki pozwolili zrobić Viki nieziemską awanturę. - Spadajta stąd! Krowy doić! Poprawiło jej to humor na tyle, że znowu zaczęła się uśmiechać. W efekcie kłótni z drugoklasistami, Piątka siedziała na upragnionych miejscach. Viki, James (niecnie pozbył się sowy strzepując ją z głowy i gubiąc w tłumie) i Peter po jednej stronie, a Syriusz i Remus po drugiej. Wiktoria miała dobry widok na Ślizgonów. Gdy większość uczniów usiadła, a pierwszaki czekały za Tiarą Przydziału, dziewczyna dostrzegła Lucjusza i Severusa siedzących obok siebie("tra la la sexi boys.." śpiewała w duszy. Chociaż Malfoy obszedł się z nią dosyć niedelikatnie, to ludzie, którzy byli od niej wredniejsi budzili w niej szacunek. Natomiast Snape miał w sobie coś, co przyciągało jej uwagę. Był tajemniczy. Aż korciło, żeby poznać go bliżej). Mimowolnie cicho westchnęła i zrobiła maślane oczka. - Do kogo tak wzdychasz dzieweczko? - Syriusz pochwycił odgłos westchnięcia, albo mu powiało. - Na pewno nie do ciebie - odpowiedziała nadal wpatrując się w "ciacha". - Łeeee a czemu nie do mnie? - zastosował na niej swoje słynne mrugnięcie, po którym każda dziewczyna była gotowa mu się oddać**. - Bo cię nie kocham - Viki traciła powoli cierpliwość. Chciała już wreszcie coś zjeść a pierwszoroczniaki jeszcze nie przydzielone. Znowu popatrzyła na stół Ślizgonów. Wzrok jej i Lucjusza spotkały się. - Ach, nasze dzieci byłyby takie piękne. Takie małe wredne bachorki... - rozmarzyła się. - O wow! Viki! Ty już o macierzyństwie myślisz? - James i Peter spojrzeli na nią jak na kosmitkę. - Nooo.... moje geny i geny Lucjusza zapewniłyby mi pięękne dzieciątka. Wredne dzieciątka. Takie, co bym im nie można było w kaszę dmuchać. - Rany Vik, ty chyba nie w nim?! - Lupina prawie zmiotło. - przecież to największy kretyn w całej szkole. - oczy wychodziły mu z orbit. - przecież jesteś Gryfonką! - Ale jaki przystojny... i ma kasę - Viki nie chciała się z nimi kłócić. Wciąż patrzyła na Lucjusza. Żadne nie chciało opuścić wzroku jako pierwsze. Taki mały konkurs. Kto dłużej wytrzyma. I jedno i drugie tak myślało. Tak ich nauczono. - Eee Viki już jest jedzenie. - James szturchnął ją w ramię. To wyprowadziło ją z równowagi. - ŻARCIE!! - wszyscy dookoła razem z Czwórką popatrzyli na nią dziwnie. No tak... znowu się zapomniała, tym razem z radości krzyknęła po polsku. - Sorki. Za bardzo się ucieszyłam. - spaliła raka i spuściła głowę. Przez pojawienie się jedzenia, zapomniała o konkursiku. Znów spojrzała na Lucjusza. Jego szyderczy uśmieszek mówił wszystko. Przegrała. Odwzajemniła uśmiech. - Jeszcze będziesz mój kotecku. - szepnęła do siebie. Malfoy zaczął rozmawiać ze Snapem. Rozmawiali o niej. Lucjusz nie zapomniał patrzeć na nią co jakiś czas, żeby wiedziała komu obrabia tyłek. Nie chcąc zawracać sobie głowy chłopakami, Viki rzuciła się na jedzenie. Po szóstym udku kurczaka i trzeciej dokładce sałatki pomidorowej oraz po drugim dolaniu sobie soku dyniowego ciągle przeżuwając spojrzała na Syriusza, Lupina, Jamesa i Petera. Wszyscy patrzyli w nią ze zdziwieniem. - O kuuuurcze. Ile ty...... POCHŁANIASZ!! - Remus z podziwem patrzył na stosik dokładnie objedzonych kości biednych kurczaków. - Tojsefam, muse dzuso yec. - spróbowała odpowiedzieć jedząc i pijąc jednocześnie. - Co?? - Lupin zmarszczył czoło w próbie identyfikacji słów. Viki przegryzła wszystko kawałkiem chleba. - Dojrzewam, muszę dużo jeść. - Ale gdzie ci to wszystko idzie? - Syriusz przyjrzał się jej połowie wystającej znad stołu. - Gdzie mi się patrzysz ty zboczylu. - odchyliła się do tyłu i zakryła peleryną. - I tak nie ma nic do oglądania - zrobił znudzoną minę. Viki porwała niedojedzone udko z talerza Jamesa i rzuciła nim w Blacka. Ten ze zdziwienia nawet się nie uchylił. Porwawszy ze stołu butlę dyniowego soku, dwa udka i spory kawałek chleba "na przegryzkę", wyszła dostojnym i szybkim krokiem z Wielkiej Sali. Nie patrzyła na pozostawioną Czwórkę. Ukradkiem spojrzała tylko w stronę Severusa.
----
- Głupie chamy... NIC DO OGLĄDANIA?? TO CO JA MAM SIĘ ROZEBRAĆ DO STANIKA?? - "Albo raczej do jego braku...." - podpowiedział głosik w głowie dziewczyny. Viki przyglądała się sobie w lustrze w swojej sypialni. Hasło do pokoju wycwaniła od prefekta, którego dorwała przed salą. Trochę go poszantażowała. - No rzeczywiście, jakoś to jedzenie mi w biust nie wchodzi. Co za wstyd być tak dokładnie obejrzaną przez chłopaka. - powiedziała do mydełka leżącego sobie spokojnie na umywalce. Mydełko było tak zaskoczone słowami skierowanymi do niego, że aż nie odpowiedziało. Nadal stała przed lustrem. - Nikt jeszcze nigdy nie pochwalił moich cholernych włosów. Myślałam, że każdy mi ich zazdrości. Nawet Lucjusz takich nie ma. - tym razem zaczęła napastować szampon do włosów. Podeszła do swojego łóżka. - Super. I nawet nie przysłuchiwałam się Dumbledorowi. Znowu nic nie będę wiedziała. - rzuciła się na pościel i przymknęła oczy. Było tak spokojnie... Ciszę rozdarł krzyk z pokoju wspólnego - Viki jesteś tam? - zadudniło na schodach. - Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału... - odwrzasnęła czując, że podskoczyło jej ciśnienie. - Co? - Kurna nieważne... - wymamrotała i zwlokła się z łoża. Zeszła po schodach. W pustym pokoju wspólnym samotnie stał Remus. - Wiesz, głupio mi, że Syriusz się trochę nie pohamował, ale czy ty aby trochę nie przesadzasz? - wydął usta. Przypominał teraz nauczyciela karcącego ucznia. - Jakoś nie zauważyłam, żebym zrobiła coś złego. Nic się nie stało ..... (już chciała powiedzieć Syriuszowi) .... udku? - dokończyła nieśmiało. - Chyba jeszcze dycha. Syriusz też, ale nieźle go zatkało. - Lupin najwyraźniej miał z tego wszystkiego radochę, bo uśmiechnął się jak na reklamie budyniu. Ciszę, która trwała przez jakiś czas przerwał Remus: - Przyniosłem ci trochę puddingu - podał jej przykrytą spodeczkiem miseczkę. - O dzięki. - wykrztusiła porażona wizją niezaplanowanego posiłku. Pudding został pochłonięty w niesamowicie krótkim czasie. Jedzenie "na przekąskę" Viki spożyła w drodze do obrazu Sir Cadogana i już odczuwała trochę głód. - Może usiądziemy? - zaproponował chłopak i wskazał fotele obite zieloną tkaniną. - A bardzo kurde chętnie. Kołki znów zaczynają mnie boleć. - ziewnęła. - Kołki? - spytał ze zdziwieniem. - Czyli inaczej giry. - spojrzała na niego dziwnie. - Giry? - teraz wydawał się już całkowicie zbity z tropu. - ..nogi - wielkodusznie wyjaśniła i bez czekania na odpowiedź ruszyła, aby usiąść w podjedzonym przez różne stworki fotelu. - Ahaaa... - skwitował po chwili Remus i analizując słowa "giry" i "kołki" podążył za dziewczyną. Domowe skrzaty zdążyły napalić już w kominku. Było ciepło i przytulnie. - Chcą nas zabić przez przegrzanie... cholerne kurduple. - Viki zaczęła rozmowę od wściekania się. Standard. - Wiesz trochę słyszałem o twojej rodzinie. - Remus sprawnie zmienił temat i spojrzał na dziewczynę. - Serio? A cóż takiego? - próbowała wygrzebać łyżeczką mikroskopijnej wielkości resztki puddingu. - Noo, że zaraz po Dumbledorze to twój stary był najlepszym czarodziejem. - spojrzał na nią z ukosa. Chyba według jego obserwacji córka nie bardzo przypominała ojca. - Możliwe. Nie pamiętam. - odparowała i zaczęła wylizywać łyżkę. Lupin zrozumiał, ze chyba lepiej nie ciągnąć tego tematu. - Co mamy jutro jako pierwsze? - Viki szturchnęła go nogą przerywając przedłużającą się ciszę z gatunku tych niezręcznych. - Co? Aha.. eee... niech spojrzę. Co za pech... eliksiry ze Ślizgonami. - po chwili dodał - Słuchaj co ty tak do tej dwójki? - Do blondaska i czarnuszka? - już nie miała niczego do oblizania, więc odstawił naczynia na najbliższy stolik. - No... -potwierdził inteligentnie. - A co cię tak to ciekawi? - rozłożyła się wygodnie w fotelu i położyła splecione dłonie na brzuchu. - Nie, nie, nie, Czemu...no tak jakoś... Wiesz. My - zaakcentował "my" - jesteś z Gryffindoru, a oni....eee.... nie. - Zaraz mi się tu spalisz z ciekawości. - roześmiała się z jego miny - Ok. Powiem ci, ale nie mów nikomu. Dobra? - pochyliła się ku niemu. Remus skinął głową - Lucjusz jest wredny i sexi i ma sporo kasy a Snape jest taki hmmm... tajemniczy i sexi. Wystarczy? - wróciła do dawnej pozy. - Hmmm - podparł głowę ręką - nie. - Eeee no to... Lucek....hmmm...Lucek.... och sama nie wiem! - wyrzuciła ręce do góry i spochmurniała. - A Sev? Ciągle na siebie "tak" patrzycie - nie dawał dziewczynie spokoju. - Nie niuchaj tak w moich sprawach, bo cię tego nosa pozbawię. - wymruczła wściekła. - Ok. sorki za te pytania, ale tak jakoś dziwnie jak ktoś z Gryffindoru brata się ze Ślizgonami. - zmarszczył czoło. - To może teraz ty mi opowiesz kto ci się podoba? - chciała przerwać "rasistowską" wypowiedź chłopaka. - Nie powiem. - roześmiał się. - Eeeeej czeeeemu. Ja ci powiedziałam! - zaczęła grymasić jak małe dziecko. Żeby skłonić Remiego do zwierzeń zrobiła minę zbitego hipogryfa. - Nie powiedziałaś. Ja już o tym wiedziałem. Wiesz, taki mały kruczek prawny. I nie rób wielkich oczu, bo wyglądasz jakbyś się nawdychała eliksiru clejorihuany. Usłyszeli za sobą kroki i szybko się odwrócili. - O tu jesteście gołąbki! - Spadaj Potter - równocześnie powiedzieli Lupin i Viki. Syriusz się do nich nie przysiadł. Posłał dziewczynie spojrzenie, które mogło tylko mówić: "Wredna baba jesteś. Nie zasługujesz na naszą przyjaźń, a poza tym dużo żresz, dupa ci urośnie i będziesz mogła [brzydkie słowo]ć z portretem Grubej Damy". Przynajmniej tak Wiktoria to odczytywała, chociaż równie dobrze jego mina mogła oznaczać "mam ostre wzdęcie". - Blackuś usiądź z nami. Nie wyróżniaj się! - Peter próbował nakłonić kolegę. - Nie dzięki. Wolę już się rozpakować Pitusiu. - zaseplenił ostatnie słowo i posłał w ich kierunku wredny uśmiech. - Jak chcesz. Ale jak już się "rozpakujesz" to zejdź do nas. - skwitował Potter i skoczył na najbliższy fotel. Viki poczuła się trochę niemiło. Czuła na sobie wzrok chłopaków. Tak jakby ją posądzali za humor Syriusza! To przecież on zaczął... Rozmawiali ze sobą jeszcze około piętnastu minut, kiedy Viki nadal z poczuciem winy, które próbowała ukryć ("kurna kurna kurna kurna kurna to nie moja wina. To on. Tak to on zawinił. Tej wersji będziemy się trzymać" - myślała nieustannie) podziękowała ze przytoczenie, co ciekawszych fragmentów przemowy dyrektora oraz podyktowanie planu na najbliższy tydzień. Wstała z fotela. Uczniowie zaczęli się już powoli schodzić i w pokoju wspólnym zapanował wesoły gwar. - Do jutra Vik! - zawołał przyjaźnie James do oddalającej się dziewczyny. Odwróciła się raptownie z grymasem na twarzy. - Nie mówcie mi "Vik"... czuję się wtedy jak pies. Jak już to mówcie kurna, Wiktoria, albo Viki, albo "Ej ty podaj masło". - odwróciła się na pięcie i pomaszerowała krokiem zamaszystym do swojej sypialni.
Obudziła się, kiedy słońce już świeciło i ogrzewało swoimi jasnymi promieniami chłodne, szkolne mury. Nieśmiało pociągnęła palcem kotarę i wyjrzała za zewnątrz. Wszystkie jej koleżanki z dormitorium jeszcze głęboko spały. Leniwie cofnęła palec i wygodnie wymościła się w ciepłej pierzynce. Po pewnym czasie bezcelowego leżenia Viki postanowiła wstać. Jak spokojnie leżała pod pierzyną, tak teraz szybko z niej wyskoczyła. - O kurna zimna mać! - jęknęła i zanurkowała w dopiero co opuszczoną pościel Po pół godziny miarowego odkrywania się wstała z wyrka. Przeciągnęła się i ziewnęła szeroko niczym potwór po udanym obiedzie. Coś niemiło strzeliło jej w ramieniu. - Ach my staruszki - zaśmiała się do samej siebie. Udała się do łazienki, na której drzwiach któraś z dziewcząt wyczarowała napis "oaza błogości". Szybko opłukała sobie twarz nad kamienną umywalką, umyła zęby <"uuuu ale mam oddech smoka"> i ubrała się już po szkolnemu - wyglądam jak pedał...o ile to możliwe. - wymruczała do lustra, które widocznie nie chcąc jej urazić nie zareagowało. Ociągając się zeszła do pokoju wspólnego. Wyjrzała zza rogu. Zawsze, gdy była sama, to tak robiła. Wynikało to z tego, że bała się spotkać czegoś, czego bardzo się obawiała - mianowicie skrzata. Te stworzenia działały na nią, jak myszy na większość istot rodzaju żeńskiego. Na szczęście żadnego stworka nie było w pobliżu. Przybrała pewną siebie minę i wkroczyła na miękki dywan, który w paru miejscach był wypalony. W kominku ogień trzaskał wesoło. Zupełnie jakby ktoś tu przed chwilą był i napalił. Przeszły ją dreszcze. Obejrzała się podejrzliwie dookoła, żeby się przekonać, czy aby żaden skrzat nie czyha na jej życie. Nic takiego nie zauważyła. "No nic, skoczę do chłopaków" - zdecydowała po krótkim namyśle. Wyciągnęła różdżkę. - Kamios!. - szepnęła i po kolei dotknęła trzech niczym niewyróżniających się kamieni w ścianie tuż przy wejściu na schody prowadzące do dormitoriów szkolnego towaru. Dzięki tej sztuczce zaobserwowanej u starszych dziewcząt, mogła bez przeszkód wejść do sypialni chłopców. Wkroczyła na pierwszy stopień. "Ciekawe, jak wyglądają jak śpią. Szkoda, że nie mam aparatu fotograficznego... kurde" - ponarzekała sobie w myślach stąpając po kolejnych stopniach. Najciszej jak mogła weszła do sypialni. Drzwi leciutko skrzypnęły. Viki zatrzymała się w połowie kroku i zaczęła nasłuchiwać, czy aby żaden ćwok się nie obudził. Wszyscy jej nowi przyjaciele (ekhem) byli jeszcze w objęciach Morfeusza. W dormitorium kimał jeszcze jeden chłopiec którego nie znała. Jak się później okazało był to Frank Longbottom. Podeszła do drugiego łóżka od prawej. Leżał na nim James i chrapał wniebogłosy śliniąc się przy tym, ale widocznie reszta była już przyzwyczajona, bo nie okazywała żadnych oznak niewygody. Gdyby pierzyna, co jakiś czas się nie unosiła, pomyślałaby, że Peter kitną. Remus spał na boku i co jakiś czas nerwowo poruszał nogą. Syriusz leżał na plecach. Nie chrapał. Cichutko wspięła się na jego łóżko i usiadła na półkolistym zakończeniu wyrka. Przed sobą miała człowieka, który według jej mniemania jej nie lubił. - Trzeba będzie go... przeprosić... - nawet w myślach było jej ciężko przyznać się do błędu. Nie była przyzwyczajona do szczerych przeprosin jak i do samego słowa "przepraszam". Nadal przyglądała się twarzy Blacka. Jego usta ułożyły się w "dziubek". Oddychał jednocześnie nosem jak i ustami (można było usłyszeć cichuteńki gwizd). "Hmmm fajne imię - Syriusz. Jakby to zdrobnić? Syrek? Syfek?" - uśmiechnęła się mimowolnie i założyła nogę na nogę. Jedną ręką przytrzymała się kolumienki łóżka. James chrapnął donośnie. Nie zwróciła na to uwagi. - Ty... przystojny nawet jesteś - szeptem powiedziała do samej siebie. Przyjrzała się jego śniadej cerze okraszonej gęstymi czarnymi włosami. Teraz naprawdę żałowała, że w ten sposób go potraktowała. "Ładny początek przyjaźni". "Chyba trochę za serio biorę wszystko do siebie... ale ja naprawdę... nie umiem z ludźmi spokojnie rozmawiać. Czemu?". Naszła ją tak zwana "chwila dla debila", czyli użalanie się nad sobą. Pogrążona w myślach nie zauważyła, kiedy Syriusz powoli otworzył oczy. - AAAAAA!! - wrzask Blacka rozdarł ciszę w dormitorium. - AAAAAA!! - Viki przeraziła się krzykiem Syriusza i wylądowała na plecach na podłodze. Tylko nogi wystawały nad łóżko. Wszyscy się pobudzili. - Co jest?? - spytał zaspany głos z lewej. Był to prawdopodobnie Potter. - Syriusz! Co się stało? - Miałeś koszmary? - posypały się inne pytania. Nagle umilkli. Spojrzeli na dziewczynę gramolącą się na podłodze. - Viki? - wszyscy prócz nieznanego jej chłopaka, który chyba nadal spał lub dostał ataku serca, zapytali z niedowierzaniem. - Tak, to ja. - odpowiedziała trochę bardziej wysokim głosem niż zwykle. Wstała. Odgarnęła włosy z twarzy. Uniosła dumnie głowę, chociaż czuła, że się czerwieni. - Co ty..... TY!! Myślałem, że umrę ze strachu!! - Syriusz nadal patrzył na nią z przerażeniem, trzymając kołdrę pod brodą. - A ja to co?? Wiesz, jakiego miałam kurna stracha? Plecki mnie przez ciebie kurde bolą! Żeby tak człowieka z rozmyślań wytrącać... - zaczęła marudzić. - Ee.... chciałaś mnie zabić? - spytał z pewną dozą nieufności, kiedy dziewczyna skończyła obwiniać go za całe zło świata. - Nie! Coś ty debilu! Przyszłam sobie do was, bo wcześnie się kurna obudziłam! - wyjaśniła gestykulując zawzięcie. Widząc minę Viki i Syriusza, James zaczął się tarzać ze śmiechu. - HAHAHAHAHA O RAJU!! JA NIE MOGĘ!! ALE Z WAS DEKLE!! - Ty się nie śmiej, tylko wytrzyj tą zaślinioną poduszkę pacanie - syknęła dziewczyna. Wszyscy, łącznie z "niedoszłą" zabójczynią zaczęli się śmiać (tylko James tak jakby ciszej). Kiedy się uspokoili, Viki przeprosiła(!) ich za przedwczesne obudzenie i ku zdumieniu wszystkich w tym samego Syriusza, przeprosiła(!!) Blacka za swoje wczorajsze zachowanie. Co prawda nie bardzo jej to wychodziło: - Ech... wiesz Syriusz. Głupio mi strasznie za tego kurczaka ..yyy.. Mam nadzieję, że nie za bardzo ci w twarz chlapnął. Baaardzo cię....eee... prze....praszam. Wy-wy-baczysz? - dokończyła czerwona na twarzy. Syriusz uśmiechnął się do niej przyjaźnie***. - Jasne, ze wybaczam! Tylko jak byś kiedykolwiek chciała mnie jeszcze przeprosić to nie próbuj wywołać u mnie palpitacji serca, ok.? - podniósł się na łóżku. - Ok... - prawie parsknęła śmiechem widząc szopę jaką Black miał dookoła głowy. - A tak ogólnie, to jak się tu dostałaś? Słyszałem, że dziewczęta nie mogą wchodzić do sypialni chłopców. - James spoważniał. - Ile razy mam powtarzać, że widocznie nie jestem dziewczyną... - odpowiedziała mu zdenerwowanym głosem. Czuła się strasznie. Zerknęła na Lupina. Miał trochę nadąsaną minę. Tak jakby żałował, że to nie na jego łóżku usiadła. - To ja już pójdę. Może poczekam na was w pokoju wspólnym i pójdziemy coś przekąsić? - zaproponowała nieśmiało i zaczęła wycofywać się w stronę drzwi. Właściwie, to jej ostatnie słowo podniosło ją na duchu. Przecież to już czas śniadania! Chłopcy się zgodzili, więc zeszła pospiesznie po schodach. Stanęła przy oknie i bez większego zaciekawienia wyjrzała na zewnątrz. Słońce, które jeszcze przed chwilą pięknie dawało po oczach, teraz skryło się za burymi chmurami, z których zaczął padać drobny deszczyk. - Cholernie głupia plucha. - trzeba przyznać, że na poetę się nie nadawała. Jej poczucie estetyki zaczynało się i kończyło na jedzeniu. Tylko potrawy uważała za prawdziwe dzieła sztuki. Po chwili znudziła się przyglądaniem błoniom i odwróciła się od okna. "Łobuzersko" oparła się łokciami o parapet. Prawa noga była wysunięta do przodu. "Ach wyglądam teraz jak modelka!" - uśmiechnęła się w myślach - "chłopaki oniemieją jak mnie zobaczą!". - Viki, stoisz tak jakbyś zaraz miała upaść - pierwszy do pokoju wszedł Peter. - I cały plan w ***** - szepnęła, a na jej twarzy zawitał grymas a'la "zniszczyłeś mój demoniczny plan". Za Pettigrew zeszła cała reszta, prócz piątego chłopca. Porzuciła zamiar olśnienia samców i ruszyła za nimi przez dziurę za obrazem sir Cadogana. - Hej wy parszywe psy! Chdzcie tu i walczcie!!
Oprócz nich w Wielkiej Sali było tylko kilku uczniów. - No to szybko! Za dziesięć minut będzie tu już spory tłumek. - Peter wyglądał na bardzo głodnego. - Ale trzeba będzie poczekać za pocztą. - i tym razem rzekł rzeczowo Lupin. - A no tak... - przyznała reszta. Usiedli. Viki nadal unikała wzroku Syriusza. Jeszcze się wstydziła i tego zdarzenia w dormitorium i swoich przeprosin. - Szanowna Wiktorio. Wybaczyłem ci twój haniebny czyn, więc nie musisz na mnie nie patrzeć. - powiedział do niej Black głosem naśladując dumnego króla, który zlitował się nad poddanymi. Podniosła głowę i uśmiechnęła się nieznacznie. - Dzięki Blackuś. - Ooooo....znowu zaczynasz... - Syriusz nagle spochmurniał. - Hej! Koniec tych dywagacji! Jemy! - przeczuwając zbliżające się kłopoty, James spróbował odwrócić ich uwagę. Poskutkowało. Viki jeszcze bardziej się ożywiła. Widząc to, Syriusz już chciał coś powiedzieć, ale zdążył ugryźć się w język. Była mu za to wdzięczna. Coraz więcej ludzi zaczęło się schodzić. Sala wypełniła się uczniami. Zewsząd było słychać szczęk sztućców. Jak Viki zaczęła jeść pierwsza, tak skończyła ostatnia. - Moi mili! - głos Dumbledora uciszył wesoło gawędzących uczniów - jeszcze raz życzę Wam otwartych umysłów na naukę i jak najmniejszych kłopotów, tudzież niemiłych przygód. Viki dałaby sobie odciąć rękę i przepłukać jelito, że dyrektor puścił oko do Czwórki. "Zapowiada się ciekawie" - nawiedziła ją przyjemna myśl, która zaraz została odgoniona przez trzepot skrzydeł. - śzofki nadlaczujom. - Viki... z takiej dobrej rodziny, a mówisz z pełną gębą - po tych słowach Syriusza, James odsunął od dziewczyny swój talerz, na którym spoczywała niedojedzona kanapka z szynką. Wiedziała, co przyniesie jej sowa. Już w wakacje zamówiła prenumeratę "Proroka Codziennego" i jednego z mugolskich magazynów <"Wolę być na bieżąco ze sprawami z "zewnątrz"">. Zdziwiła się widząc jak jej sowa targa nie tylko dwie gazety, ale jeszcze list. Chłopcy także podostawali listy, a Peter sporą paczkę. Najwyraźniej zapomniał zabrać czegoś z domu. Viki dłużej się nad tym nie zastanawiała. Sowa wylądowała ciężko na stole potrącając wszystkie możliwe naczynia, które napotkała na drodze lądowania. - No Pela. Spisałaś się znakomicie. - dziewczyna przełknęła ostatni kęs. - Pela? - James trochę się zdziwił. - To zdrobnienie. Ma na imię Pelagia. - wytłumaczyła nie patrząc na niego. Sowa słysząc swoje imię, napuszyła się dumnie oczekując wynagrodzenia za swoje trudy. - Nawet fajne imię. - pochwalił Potter - podoba mi się. - Dzięki. Kurde. Niewielu osobom przypada ono do gustu. Dała Pelagii dojeść ze swojego talerza (co oznaczało spore poświęcenie). Wkrótce list, który chciała pospiesznie wyjąć z koperty "zabił" w niej apetyt. - O ty też masz list. Pewnie też czegoś zapomniałaś, co? - Syriusz przyglądał się ciekawie to listowi, to sowie, która co jakiś czas łypała na niego groźnie. Nie słuchając, co do niej mówili, Viki otworzyła kopertę. W środku był tylko kawałek pergaminu z szybko nabazgrolonymi na czarno słowami:
"Dzisiaj o 22 pszy pomnikó wiedźmy na piontym pientrze"
- I co tam napisali? - tym razem Lupin zapytał, widząc zdziwioną minę Viki. - A...że nie wzięłam... (nic nie przychodziło jej do głowy)...yyy... podręcznego zestawu do czyszczenia miotły. Z uśmiechem spojrzała na kolegów. - Cyganisz - Syriusz od razu się poznał. - Weź przestań... to jej sprawa - Remus chciał go chyba skarcić, ale ton jego głosu wskazywał raczej na zaciekawienie treścią listu. <"Rany... nie dość, że niepodpisane, to jeszcze byki ortograficzne jak stąd do Moskwy!">. Schowała pergamin razem z kopertą do wewnętrznej kieszeni szaty. Wolała nie ryzykować chowając list do "zwykłej" kieszeni, bo wiedziała, że zaraz ktoś z Czwórki by jej to buchnął. W końcu byli specjalistami od drobnego kryminału. Był jeden problem. Przecież piąte piętro jest rozległe, a ona nie wie gdzie jest ten cholerny pomnik wiedźmy. "Będę musiała wyjść z pokoju chyba przed dwudziestą, żeby tą głupią figurkę znaleźć...". Poczuła dreszcz na plecach. Ktoś musiał ją obserwować dość długo, że to odczuła. Od razu spojrzała na stół Ślizgonów. Patrzył na nią Severus. Po chwili spuścił wzrok. "Czy to on wysłał mi ten dupny list?" - pomyślała. - "Ej ty podaj masło" idziemy na eliksirki! - Lupin wyrwał ją z przemyśleń. - Aha, no kurna lepiej już idźmy. Po drodze zaplotła szybko długie włosy w warkocz. Psor Sevlakow nie lubił, gdy dziewczęta na jego zajęciach miały rozpuszczone włosy. Mówił, że to przypominało mu jego dzieciństwo, gdy zmuszano go, żeby nosił długie włosy. W jego kraju było to modne. - Wyglądam jak chłopka... - wyżaliła się tuż przed klasą eliksirów. - Nie ja to powiedziałem! - James zaczął się śmiać. Skończył gdy Viki zasadziła mu kopa w tyłek. - Witajcie SIÓDMOKLASIŚCI... spokój PROSZĘ! Sevlakow był bardzo ciekawą postacią. Akcentował, co drugie słowo unosząc przy tym wysoko brwi. Viki lubiła go chyba bardziej za wschodnie pochodzenie, niż za charakter. - W tym ROKU będziemy UCZYĆ się BARDZO intensywnie, PONIEWAŻ pod KONIEC przyszłego SEMESTRU będziecie MIELI egzamin Z eliksirów O zasięgu KRAJOWYM. ("oo to w Anglii jest więcej takich szkół jak Hogwart?" - zdziwiła się Viki). - Dzisiaj BĘDZIEMY przerabiać.... Dalej nie słuchała. Zastanawiała się, czy rzeczywiście Snape mógł wysłać jej ten list. Po lewej siedzieli Ślizgoni. Wiedziała, że eliksiry były ulubionym przedmiotem Severusa. Siedział w pierwszej ławce pod oknem. Ona zaś na końcu pod ścianą. Mogła, więc bez przerwy bezkarnie mu się przyglądać. Widać on też czuł czasami dreszcze, bo kilka razy odwrócił się w jej stronę, ale ona szybko przekręcała głowę na profesora udając bezgraniczną niewinność. - Dobrze...KTO może MI powiedzieć, JAKIEGO najważniejszego SKŁADNIKA trzeba UŻYĆ do ELIKSIRU zapomnienia? Ręka Seva natychmiast wystrzeliła w górę. - A czy KTOŚ jeszcze WIE? Viki wolno podniosła dłoń. - słucham PANNO Czartoryska... Wszyscy na nią spojrzeli. Sev miał lekko rozdziawioną minę. - eeee trzeba użyć chyba odrobiny suszonej płetwy trytona... - poliki zaczęły ją piec. Zawsze tak miała przy publicznych wystąpieniach. Nawet jeżeli trwały dwie sekundy. - BARDZO dobrze, PIĘĆ punktów DLA Gryffindoru. Odetchnęła. Spojrzała w kierunku Snape'a i uśmiechnęła się. Nie odwzajemnił tego. Zauważyła, że Malfoy, który siedział obok niego ukuł go różdżką. - Kochany blondasek. - szepnęła. - Mówiłaś coś? - Lupin, z którym siedziała obserwował ją pilnie. - Mówiłam "kochany blondasek". - powtórzyła nieco głośniej. - Ja ciebie kobieto naprawdę nie rozumiem. - wywrócił oczami. - Punkt dla mnie - uśmiechnęła się.
Lekcje dobiegały końca. Na transmutacji, Viki zamiast przemienić patyk w rzadko spotykaną, złotą jaszczurkę, przemieniła go w lizaka. - Sorry psorko. Głodna jestem. - Ach Wiktorio. Jak zawsze jesteś bardzo bezpośrednia. - nauczycielka załamała ręce (nie po raz pierwszy).
Po obiedzie: "AAAAA kocham kurczaki!!" I podwieczorku: "Nie będziesz tego jadł?? Nie? No to super... mniam mniam". Cała piątka znalazła się w pokoju wspólnym Gryffindoru. Dużo uczniów pozajmowało już fotele. Gęsto leżały otwarte książki - oznaka, że kujony przystąpiły do pracy. - Syriuszuuu!!! - słodki głos Alex Chairman rozległ się po sali. - Ech... zaraz ją spławię - powiedział Black widząc lekceważące uśmieszki kolegów i udającą wymioty Viki. - Tylko szybko! Ostatnio zajęło ci to pół godziny - Peter chyba jednak mu zazdrościł, a przynajmniej tyle Viki wywnioskowała z jego miny. Spojrzała na zegarek. Osiem minut po siedemnastej. - Ej! Mogłabyś mi tak nie wykręcać ręki?? - Remus wyglądał na niezbyt zadowolonego. - To kup mi zegarek na Boże Narodzenie. - skwitowała niegrzecznie.
I tym razem słodka Alex w swojej słodkiej różowej bluzeczce nie dała się szybko spławić. Aby Syriusz odzyskał wolność, musiała interweniować Viki. - Ooo tu jesteś kotku! Wszędzie cię szukałam! Chodź szybko, bo musimy omówić naszą przyszłość. - zaświergotała nad ich głowami. I Alex i Syriusz patrzyli na nią dziwnie. Viki z czerwonymi "pulasami" odeszła od ich stolika. Po dziesięciu minutach przyszedł "więzień". - Wiesz, nie chcę być niemiły, ale następnym razem niech któryś z chłopaków mnie ratuje. - jego głos ujawniał niezadowolenie. - Ale... - Viki próbowała wyjaśnić. - Musiałem teraz uspakajać tą dziewczynę, bo się rozpłakała słysząc, że chcesz mieć ze mną dzieci, piękny dom i coroczne wakacje na Balearach. Wszyscy prócz Srebrnej (jak ochrzcili ją James i Peter) i Syriusza wybuchli śmiechem. - Ale ja nic takiego cholera nie powiedziałam!! - zaczęła się bronić. - Dziewczyny zawsze sobie lubią dopowiadać... ("hmmm coś w tym musi być" ) - Syriusz zajął się mokrą plamą na szacie. Alex miała nader sprawne gruczoły łzowe. Po około dwudziestu minutach Viki odczuła, że chłopcy są trochę skrępowani. Widocznie chcieli o czymś porozmawiać a ona tylko przeszkadzała. - Wiecie, co? Przejdę się trochę przed kolacją. - powiedziała ni z tego ni z owego. - A ta żyje tylko jedzeniem. - westchnął Potter. Udała, że nie słyszy. Wstała. Raczej jej nie zatrzymywali. Przeszła przez dziurę za obrazem. "Chyba poszukam mojego kochanego Irytusia". Gdy wędrowała schodami na szóste piętro, usłyszała donośne hałasy z jakiejś sali. Popędziła w tamtym kierunku. Otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się przynajmniej "powojenny" widok. Wszystko, co znajdowało się w klasie nie było w jednym kawałku. - Irytek!! - wrzasnęła uradowana, że widzi swojego ulubionego ducha. Kochała jego chamstwo (chociaż w towarzystwie się do tego nie przyznawała). - OOOO to ty!! - Irytek trochę się zdziwił, ale zaraz potem wybuch radości zastąpił zdziwienie. - Ale super, że przyszłaś!! Widzisz? - dumnie pokazał ręką zrujnowaną klasą. - Widze... jest ekstra! Jesteś normalnie Panem Demolką. - pochwaliła go. - Och, jesteś taka miła... - poltergeist udawał zawstydzenie. - Jak ci minęły wakacje, co? Dużo nabroiłeś jak mnie nie było?? No opowiedz! - popędzała ducha. - No cóż, trochę tego było - Irytek gdyby mógł pękłby z dumy. - a więc na początku wakacji.... Następne dwie godziny upłynęły Viki na wesołym słuchaniu, co też jej ulubiony duch zrobił przez dwa miesiące. A było tego dosyć sporawo. W międzyczasie chodzili sobie po różnych piętrach i zatrzymywali się przy, co ciekawszych miejscach "zbrodni". - Irycie? Która godzina? - spytała przerywają monolog poltergeista opowiadającego akurat o zastawieniu pułapek na myszy na całym piętrze. - A co ja, zegarynka jestem? - obruszył się. - Jestes... - odpowiedziała na "odwal się". - Jest. Godzina. Dwudziesta. Minut. dwanaście. Sekund. Trzydzieści pięć. - wyrecytował głosem "telefonistki". - Dzięki. Będę już musiała chyba spierniczać na żarcie, bo kiszki mi marsza grają. - jakby na potwierdzenie tych słów po korytarzu zadudniło burczenie z jej brzucha. - Bezdenny worek.. - szepnął Irytek ze złośliwością. - Słucham? - odwróciła do niego głowę. - Bezgłowy Stworek mówiłem, Bezgłowy Stworek.
*to nie są testrale (czy coś tam), więc wszyscy mogli je zobaczyć ** bierz mnie Syriusz XD *** co ja bym za taki uśmiech dała... ach, och i w ogóle.
[ Dodano: 3 Styczeń 2007, 19:21 ] 3. Power inside...
Chłopców nie było na kolacji. - Głupie pawiany. Poczekaliby za mną. Pomiędzy stołem Gryfonów a Ślizgonów znajdował się stół Puchonów. Viki dojrzała tam swoją starą koleżankę Tatianę. Pochodziła z Czech. Srebrna głównie, dlatego ją lubiła. Czeszka siedziała od strony Ślizgonów, więc Viki była zmuszona przejść między stołami Hufflepuffu i Slytherinu. - Tatia! Jak się masz?! - klepnęła ją po plecach. - Ooo Wiktoria! Ja se super czuje, a tja?! - chociaż już siódmy rok chodziła do Hogwartu miała jeszcze małe problemy z angielskim. - U mnie ok. Tak się zastanawiałam, czy może znowu wybierzemy się do Zakazanego Lasku na spotkanie z Relasą. - A bardzo chyntnie. Chyba trochę urosła od nyszego ostatniego spotkania, nie? - odpowiedziała ściszonym głosem. Relasa była centaurem. Sześć miesięcy temu wpadły na nią w Lesie, gdy ta jako mały centaur (czyli jakieś 80 kilo), zgubiła ojca w gęstwinie. Chyba długo błądziła, bo była blisko granicy Lasu ze szkolnymi błoniami. Zaprzyjaźniły się z małą i pomogły jej znaleźć ojca (a raczej to on je znalazł, bo Tatiana i Viki same się zgubiły). Dziękował im wylewnie za okazaną pomoc jego dziecku i obiecał, że każdy centaur będzie na ich wezwanie. - Było cool! Wyciągnęlyśmy z tego interesa wincej niż się spodziewalyśmy - Tatia wyszczerzyła się w lekko szyderczym uśmieszku. - Niom. Nawet ja nie podejrzewałam, że maluch jest córą kogoś ważnego. - Viki pociągnęła zdorowo z jej pucharu. - Przyznaj się! Chciałaś ja sprzedać, nie? - Czeszka miała oskarżycielski ton. - A jak myślisz, ile byśmy wyciągnęły? - Viki zupełnie się nie przejęła głosem Tatiany. - A bo ja wim? Ze dwieście galeonów... - Tatia się rozmarzyła. Po krótkim pożegnaniu i pozbawieniu Puchonów dwóch butli dyniowego soku, Srebrna ruszyła wzdłuż stołów do wyjścia. Specjalnie tędy szła. Chciała choć przez chwilą być bliżej Severusa. Nagle wyrżnęła jak długa. Butle potoczyły się pod stół Ślizgonów. - Hahahahahaha! Zgrabna i powabna panna Wiktoria potknęła się o własną noge? - Chyba raczej o twoją wredna szczurzyco - wstała. Strasznie bolały ją kolana, lecz trzymała się prosto. Przed nią siedziała Sylvia. Ślizgonka. Była taka wredna, że nawet czasem Irytek miał z nią problemy. - Czego tu szukasz mutancie? Och, powinnam była powiedzieć mamucie. - Przyszłam zabić swoimi kłami pewnego mopsika. Przez twarz Sylvi przeszedł cień zaskoczenia. Jakby się zastanawiała, co odpowiedzieć. - MOPSIKA?? - niska dziewczyna o czarnych włosach i lekko wystających przednich zębach, miała kompleks "zębowy" jakby to określiła Viki. - Jeżeli już porównujemy się do zwierząt, to Wiktoria niedługo stanie się kaszalotkiem, nieprawdaż? Zimny głos spowodował stratę poczucia wyższości Srebrnej. Za nią musiał stać Lucjusz Malfoy. Odwróciła się. Słyszała jak "mopsik" wstaje ze swojego miejsca i odcina jej jedyną drogę ucieczki, jeżeli doszło by do pojedynku *zasada nr. II Kodeksu Wiktorii "Kto przed walką dziś umyka, jutro zniszczy przeciwnika"* . Obejrzała się po bokach. Puchoni udawali, że nic się nie dzieje. Widocznie nie chcieli być następnymi ofiarami Ślizgonów. Po prawej zaś wszyscy uczniowie z "wężami" w swoim godle, patrzyli na nią z nieskrywaną nienawiścią i chyba z podziwem. "Ach! Jednak moje włosy się podobają. Teraz jak Lucek stoi blisko to widać, że ma rozdwojone końcówki, a ja nie....ALE JESTEM GŁUPIA!! MYŚLEĆ O WŁOSACH W TAKIEJ CHWILI! Przecież on mnie zaraz zabije. No dobra... Stoję prosto. Patrzę w oczy. Różdzkę mam w....... cholera......pokoju. Ja *****". - Co Czartopryska? Strach cię obleciał? - Malfoy specjalnie przekręcił nazwisko. - Długo nad tym myślałeś? - Viki próbowała nie tracić zimniej krwi i chociaż najchętniej przeskoczyła by przez stół Hufflepuffu, stała w miejscu. - Humor cię nie opuszcza... Obraziłaś moją koleżankę. - uśmiechnął się wrednie. Sylvia z lekka się zaczerwieniła. Srebrna wiedziała, że Lucek czepia się wszystkiego, byle tylko doszło do jakiegoś "starcia". - ...więc wyzywam Cię na pojedynek. - Lucjuszu!!! - donośny głos przerwał ich kontakt wzrokowy. - Lucjuszu - powtórzył.....Snape.....(szok) - chyba nie będziesz pojedynkował się z dziewczyną. To nie wypada takiemu "arystokracie". - zaakcentował ostatnie słowo. Viki czuła, że Severus ratuje jej tyłek. Wstał ze swojego miejsca i podszedł do swojego przyjaciela(?) i Viki. - Nic nie szkodzi Snape. Przyjmuję wyzwanie. - "CO JA CHOLERA POWIEDZIAŁAM??". - Widzisz Severusie. Czartoryska ma więcej honoru niż się spodziewałem. - Pół do dziesiątej na błoniach. - dokończył. - I myślisz, że żaden nauczyciel nie zauważy? - kpiącym tonem Viki próbowała schwytać się ostatniej deski ratunku. - Zanim zauważą, będzie już po wszystkim.
Deska nabrała wody i poszła na dno.
Z wielką gracją (i bez jedzenia) wyszyła z Wielkiej Sali. Kiedy przeszła za jakiś róg jej nogi zaczęły dziwnie się zachowywać. Szła jak pijana. - Koniec mojej ziemskiej wyrąbanej w kosmos egzystencji... przecież on mnie rozwali Kadavrą. Ale moment! Wtedy by go wsadzili do Azkabanu. No to cholera Kadavra odpada, ale zostaje pinć tysincy innych kurna zaklęć. No, czym ja go mogę potraktować? A może doprowadzę go do spazmatycznego śmiechu i wtedy zaatakuję? Dywagacje skończyły się dopiero przed obrazem sir Cadogana. - Fistaszki. - A ja wole orzeszki solone. Walcz!! - odpowiedział i wpuścił ją do pokoju. Przeszła kawałek i stanęła przed kominkiem w pokoju wspólnym. Płomienie bawiły się w tylko im znaną grę przeskakując z jednego drewienka na drugie... "Nawet ogień bawi się lepiej ode mnie... niech to kurna i ***** mać". - O Viki! Długo cię nie było. Chodź siadaj z nami! - gdzieś daleko w tle było słychać Jamesa. Nie poruszyła się. Ktoś do niej podszedł. Stanął przed nią (zasłaniając plac zabaw dla płomieni), złapał za ramiona. - Vik... czy ty dobrze się czujesz? - spytał Syriusz. W jego głosie było słychać jakby zmartwienie. - Ależ wszystko w porządku Remusie. Nic mi nie jest. - odpowiedziała tępo. Uwolniła się z rąk oniemiałego Blacka i poszła do dormitorium dziewcząt po różdżkę. Oczywiście ta leżała sobie spokojnie pod łóżkiem. Viki nie miała siły przeklinać. Podniosła różdżkę i podeszła do okna. Na błoniach nadal było jasno. Za 40 minut rozegra się tam jej klęska. Wiedziała, że Malfoy jest od niej lepszy. Tyle razy widziała jego pojedynki z innymi uczniami. - No jasne!! Przecież ja mam właśnie w tym momencie przewagę! Widziałam jak on się pojedynkuje. Zazwyczaj trzy pierwsze ruchy człowieka grającego w szachy są takie same. Pojedynek też można uznać za pewien rodzaj "szachów". Wiktoria wytężyła pamięć. "Co on najpierw robił... no co...." - myślała intensywnie. - Aha! Mam! O ile dobrze pamięta, Lucek po pierwsze udawał, że rzuca zaklęcie, a jak przeciwnik odskoczył to dopiero wtedy atakował, wiedząc, że ten nie zdąży ani rzucić zaklęcia, ani uskoczyć. "Po drugie... ech.. no tak, przecież najczęściej robił tylko jeden "szachowy" ruch i po pojedynku". Srebrna nie mogła sobie przypomnieć nic szczególnego. - No to idę na przeciwnika znając tylko jego jeden charakterystyczny ruch - powiedziała do samej siebie. - Jak ginąć to z godnością.... chyba za bardzo to biorę do siebie, przecież on mnie trochę uszkodzi i to kurna wszystko. Przeżyje, a on przy odrobinie szczęścia będzie szorował kible przez następny miesiąc. - zwierzała się parapetowi. - Ja wiem czego się boję... moja reputacja legnie w gruzach. Sev już nigdy na mnie nie spojrzy i znowu zostanie mi tylko pogibany Iryt. - tym razem jej ofiarą padł stolik nocny. Gadając tak do siebie i martwych przedmiotów zapomniała spojrzeć na zegarek. Zeszła do pokoju wspólnego. Chłopaki rozmawiali o czymś przyciszonym głosem. Kiedy weszła, momentalnie przestali. - k-która godzina? - głos Viki brzmiał tak jakoś dziwnie. Nieobecnie. - Eee dwadzieścia po dziewiątej. A co? - Lupin spojrzał na zegarek. - Dzięki za wszystko... - Co ty wygadujesz? Mówisz jakbyś miała zaraz umrzeć!! Nie tragizuj! Śniadanie za niecałe 10 godzin! Przeżyjesz... - Syriusz zaczął się śmiać, inni mu zawtórowali. Viki jednak nie było do śmiechu. Sprawdziła czy ma różdżkę i wyszła z pokoju. - Idziemy za nią? - trochę nieśmiało spytał Peter. - No jasne! Może zobaczymy jak wykrada jedzenie z kuchni - James nadal próbował stłumić swój śmiech. Wyszyli z pokoju.
Na błoniach było duszno, tej nocy powinna nadejść burza. Lecz Srebrna nie cieszyła się, że będzie mogła ogladać swoje ulubione zjawisko pogodowe. - Wiktorio! Chodź do nas... Stała na schodach prowadzących do zamku. Spojrzała w ich stronę. Za Malfoyem stał spory tłumek Ślizgonów. Blondi chciał żeby klęskę Wiktorii oglądało jak najwięcej jego przyjaciół. - Zaczynajmy. - powiedziała Viki schodząc dostojnie po schodach. - Hej!! Co to ma znaczyć!! Vik! O co tu chodzi!!! - pierwszy nadbiegł Syriusz, a zaraz za nim Remus, James i Peter. - Będziemy się pojedynkować Black. - odpowiedział mu Lucek. - Wiktorio. Znasz drugą zasadę pojedynku? - Tak. Znam. "Nikt nie może przerwać lub w inny sposób przeszkodzić w pojedynku" - tutaj wymownie spojrzała na jej przyjaciół, którzy nadal stali na schodach. Molfoy nic nie odpowiedział. Gdy on i Viki stanęli naprzeciw siebie, Ślizgoni stworzyli jakby "żywy mur", nie było ich tylko za plecami pojedynkujących się. Czwórka wmieszała się w tłum. Stanęli na przedzie. - Wyciągnijcie różdżki - Mopsik dostał rolę sędziego. - Nie bój się dziewczyno. Zaboli tylko przez chwilę. - Vice versa. "Zaraz mnie facet rozwali. No cóż przynajmniej jest to Blondi i a nie jakiś głupi Nick - kujon". - Teraz!!!! - mopsik wytężył płucka. Momentalnie z różdżki Lucka wytrysnął snop iskier. Viki już chciała uskoczyć, już ugięła nogi, ale zaraz przypomniała sobie "szachowe ruchy". W miejsce, na które chciała skoczyć Malfoy rzucił "Drętwotę". - Ostro zaczynasz - Wiktoria (nawet sama się zdziwiła) była nader spokojna. Następne zaklęcie poszybowało ku niej. Uskoczyła na prawo robiąc przy tym "fikołka" i momentalnie wstała. "CHOLERA JASNA!! MOJE KRĘGI SZYJNE!! PRZECIEZ JA NIE UMIEM ROBIC PRZEWROTÓW!!". Lucjusz był bardzo szybki. Cały czas serwował Viki mnóstwo zaklęć. Jednak żadne jej nie dosięgło. Nagle, zbyt szybko przerzuciła ciężar ciała na prawą nogę i tym samym nie zdążyła uskoczyć właśnie w prawo. Zaklęcie nie trafiło jej, lecz trafiło jej różdżkę, która roztrzaskała się w drobne drzazgi, a gdy spadała na ziemię zamieniła się w złoty pył. - Ach!! Moja różdżka!! Ty menopatafigumamucie!! - wrzasnęła. - Nie żartuj...nie ma takiego słowa - Malfoy uśmiechnął się złośliwie. - Jest! Właśnie je wymyśliłam, a ty nadałeś mu sens!!!! Lucjusz nie wiedział, co odpowiedzieć, więc wściekle rzucał następne zaklecia. Viki się uchylała, ale ile tak można? Powietrze stało w miejscu. Zero wiatru, który mógłby schłodzić spocone ciała. Zero wytchnienia. Tylko uniki. Nagle jej prawa dłoń mimo jej woli powędrowała do góry i zatrzymała się na poziomie klatki piersiowej. Chciała ją opuścić, lecz nie mogła. - Coż Wiktorio? Chcesz mnie wytknąć palcem? Och, bo się przewrócę z wraże... - DRĘTWOTA!!!! - jej usta same wykrzyczały zaklęcie. Z prawej dłoni wystrzeliło białe światło i ugodziło w Lucjusza. Ten runął jak długi. Nikt się nie odzywał. Żaden Ślizgon nie podszedł do Malfoya, wszyscy patrzyli się na Wiktorię, lecz ona z przerażeniem zbliżyła swoją dłoń do siebie. Nadal po ręce wiły się wąziutkie białe smugi światła. Wyglądało jakby w jej żyłach płynęło mleko. Jej oczy powiększyły się... On też tak miał. On... On... Rozejrzała się. Przed nią stali jej czterej przyjaciele i Severus. - Nie zbliżajcie się!! - wrzasnęła. - Viki, spokojnie. Będzie dobrze. - Snape próbował ją uspokoić wyciągając ku niej rękę. - NIE!! NIC NIE BĘDZIE KU*** DOBRZE!! Puściła się biegiem w stronę zamku. Po drodze potrąciła paru Ślizgonów, którzy nie zdołali zejść jej z drogi. Nie chciała się zatrzymać. W końcu znalazła się w wieży, gdzie nocowały szkolne i uczniowskie sowy. Wbiegła z takim impetem, że parę zaskoczonych ptaków spadło z żerdzi, ale zaraz na nie wróciło, przyglądając się jej ciekawie. - NIEEE!!! AAAAAAAAAAAAAAA!!!!! - krzyczała. Myślała, że dzięki krzykowi może wyrzucić z siebie tą durną moc. Sowy przestraszone krzykiem dziewczyny wzbiły się do lotu. Srebrna czuła jak ich skrzydła muskają jej poliki. - On...on...też tak miał....On mnie zabił... - spazmatycznie łykała powietrze. Kręciła się w kółko, w końcu upadła pod ścianą. Z obrzydzeniem odsuwała od siebie dłonie. Łzy zaczęły płynąć po jej twarzy. Przewracała oczami, nie wiedziała gdzie spojrzeć, co robić... Nie miała już siły żeby krzyczeć. Chciała tylko płakać. Wszystko to, co tak starannie zamazała w pamięci powracało. Śmierć. Zimny głos w jej głowie zawołał: "Ooo jeszcze została mała. Chodź do mnie... nic Ci nie zrobię...chodź... NO CHODŹ TU!!!!!!!!". Teraz słyszała jeszcze inny głos. Jakby znajomy. "Lupin, Black, trzymajcie ją za ręce, dam jej eliksir na uspokojenie. No, co... zawsze przy sobie mam". - Viki! Viki! Otworzyła oczy. Ktoś przed nią klękał. Jakaś czarna postać. - Nie zbliżaj się.... proszę... nie rób mi tego... - cicho, prawie szeptem błagała aby ten ktoś dał jej spokój. - Viki! Spójrz na mnie! Tak, dobrze. Patrz. To ja Severus Snape. Nic Ci nie zrobię. Otwórz usta, dam ci coś na uspokojenie. Posłusznie spełniła prośbę. Coś chłodnego popłynęło do gardła. Zakaszlała. - Viki... - usłyszała przyciszony głos po prawej. Obróciła tam głowę. - Remus... coś złego się za mną dzieje. Nie dotykaj moich dłoni. Twarz Lupina była blada. Dyszał ze zmęczenia. Spojrzała w lewo. Syriusz nic nie mówił. Oddychał szybko. Zemdlała.
**
Było jej ciepło. Przez powieki przedzierało się mętnawe światło. W pomieszczeniu, w którym się znajdowała musiało być jasno. Otworzyła oczy, które natychmiast zapiekły i domagały się zamknięcia. Głęboko odetchnęła. Podniosła się lekko na łokciach. Zamrugała szybko. Znajdowała się za jakimś parawanem z białego materiału. Do jej uszu dochodziły odgłosy chodzenia po posadzce. Ktoś musiał krążyć po pokoju. Słyszała jeszcze jakieś szmery po lewej. Odkryła pościel i spojrzała na swoje dłonie. Były takie jak zawsze, jednak jeszcze trochę się ich bała. Wstała z łóżka i zerknęła przez szparę na pokój, w którym się znajdowała. Była w skrzydle szpitalnym, już to mogła wywnioskować z łóżka i parawanu. Po sali krążył Severus w czarnej pelerynie. Wy
|
Zabawne teksty
|
E-mail zza żelaznej kurtyny
Kochani! Jest pierwszy września, początek kolejnego roku szkolnego w IV RP. Wydawało się, że już przywykliśmy do nowych porządków, ale niestety, nadeszła kolejna fala zmian w oświacie. Trudno będzie się do niej dostosować, a jeszcze trudniej przewidzieć, co władza wymyśli. Giertych w każdy wtorek przez pół godziny prowadzi w telewizji „Lekcje wychowawcze dla rodziców” i na każdej ogłasza jakiś nowy pomysł. Państwowa Komisja Rekrutacyjna nie przyjęła naszego syna do liceum. Dobrze przeszedł test z języka, był pierwszy z matematyki, ale niestety w czasie rozmowy z wychowania obywatelskiego dostał zero punktów. Niepotrzebnie cytował Konwencję Praw Dziecka. Z ogólnego wyniku odebrano mu 4 punkty ze postawę rodziców. To za ten list protestacyjny w sprawie ochrony rzadkich gatunków ptaków, który podpisaliśmy w zeszłym roku. Jak nam wytłumaczył dyrektor liceum, szkoła publiczna musi wspierać wychowanie rodzinne i przyjmuje tylko tych uczniów, których dom rodzinny jest wierny oficjalnym poglądom. No więc Witek będzie się uczył w zawodówce. I tak dobrze trafił do szkoły konstruowania komputerów. Jego przyjaciel z gimnazjum, tylko za to, że ojciec dziennikarz opublikował tekst w podziemnym Internecie, uczy się teraz na hydraulika. Poszliśmy z Witkiem do szkoły, ale nas rodziców nie wpuszczono do budynku. Kamera sprawdziła każdemu dno oka i okazało się, że jesteśmy na „czarnej liście” osób niepożądanych ze względów wychowawczych. Mogliśmy tylko pożegnać się z synem. Witek w szarym mundurze, w wojskowych butach i czapce z otokiem wyglądał jakoś smętnie. Przy wejście wychowawca linijką sprawdzał długość włosów chłopców, ale byliśmy spokojni, że są w porządku. Syn strzygł się u specjalnego fryzjera, wyznaczonego rozporządzeniem ministra. Wychowawcy i nauczyciele też chodzą w mundurach funkcjonariuszy publicznych. Młodzież na korytarzu oddaje im honory, to uczy posłuszeństwa i szacunku dla starszych. W każdej klasie jest mianowany „kapral”, który pilnuje porządku, na apelu melduje stan klasy i codziennie składa sprawozdanie wychowawcy z zachowania uczniów. W statucie szkoły zapisany jest system kar, zaczynając od trzech godzin „kozy”, poprzez karę czyszczenia grobów powstańców i pozostanie na drugi rok w tej samej klasie za nieposłuszeństwo, do kary więzienia za słowną lub fizyczną napaść na funkcjonariusza. Odkąd minister Ziobro zaostrzył kodeks karny, można wylądować w zakładzie nawet na sześć lat! A ostatnio w prasie rządowej toczy się ogólna dyskusja na temat przywrócenia kar cielesnych w szkole. Jej wynik już jest przesądzony, ministerstwo ogłosiło przetarg na produkcję rzemiennych dyscyplin dla każdej szkoły. Programy są zupełnie inne, niż te, z których myśmy się uczyli. Z języka polskiego wyrzucono większość dawnych lektur szkolnych. Miłosz jest zakazany z powodów obyczajowych, Gombrowicz, bo mało patriotyczny, Szymborska za jej przeszłość, Iwaszkiewicz za skłonności. Za to w kanonie lektur są wszystkie dzieła Rodziewiczówny, poezja Bełzy i Lenartowicza. Z literatury światowej na pierwszym miejscu jest „Serce” Amicisa. Książki muszą mieć walor wychowawczy. Wszystkie podręczniki zatwierdzane są przez ministra i na dowód tego mają na okładce logo PiS-u. To zresztą jest już oficjalny znak państwowy umieszczany na murach szkolnych i widoczny na wszystkich materiałach: teczkach, zeszytach, długopisach. Witek przyniósł ze szkoły tygodniowy plan lekcji. Ma siedem godzin historii Polski, pięć wychowania patriotycznego, cztery godziny religii, trzy musztry i zajęć wychowania wojskowego. Po jednej godzinie matematyki, przyrody, języka obcego, historii powszechnej, sportu. Reszta to zajęcia zawodowe. Każdy dzień zaczyna się mszą świętą, a każda, sześćdziesięciominutowa lekcja – pacierzem. W zajęciach sportowych mogą brać udział tylko ci uczniowie, którym wychowawca dał przepustkę, w nagrodę za dobre sprawowanie. Mąż zajrzał wczoraj do podręcznika historii Polski. Znikła z niej cała XIX-wieczna tradycja socjalistyczna, o Piłsudskim nie ma nawet wzmianki, nie ma Powstania w Gettcie, ani słowa o opozycji demokratycznej i KOR. Zakazane zostały nazwiska Kuroń, Michnik, Modzelewski. Podkreślane są za to wszystkie zwycięstwa militarne Polski, najważniejszym wydarzeniem jest Bitwa pod Płowcami, a z czasów bardziej współczesnych eksponowana jest silnie tradycja endecka. Uroczyste akademie odbywają się w każdym tygodniu. Uczniowie śpiewają hymn i rotę. Najszumniej obchodzone jest Święto Niepodległości z jej głównym bohaterem – Romanem Dmowskim. Jedyną dopuszczalną organizacją jest Młodzież Wszechpolska, do której należy ponad 90% uczniów. Witek jest bardzo przygnębiony bo jego najlepszy przyjaciel z gimnazjum został przeniesiony do szkoły karnej. Chłopak niepotrzebnie wdał się w dyskusje na temat teorii Darwina. Biedak zapomniał, że obowiązującą oficjalnie doktryną jest teraz kreacjonizm. Na szczęście dostał tylko roczny wyrok i jeśli będzie dobrze się sprawował i dostanie świadectwo moralności, może wrócić do normalnej szkoły. Witkowi, który ma prawdziwy talent do komputerów, udało się połączyć z wolnym Internetem. Nie było to łatwe, bo oficjalne blokady, zakupione przez rząd w Chinach, stanowią bardzo silną barierę. Nie wiemy, jak długo utrzymamy kontakt, dlatego staramy się możliwie najszybciej wysłać ten e-mail. Kochani, odkąd wyrzucono Polskę z Unii nie ma już dla nas nadziej. W czasie ostatniej sesji parlamentu koalicja zmieniła ordynację wyborczą. Teraz głosy oddane na partię rządzącą liczy się podwójnie. Opozycja też niewiele może zrobić, bo zgodnie z nowym regulaminem sejmu wolno jej zabierać głos dopiero po dwudziestej drugiej. A wtedy w całym kraju obowiązuje cisza nocna i nie wolno włączać radia ani telewizji. Zresztą po milionowych karach, jakie Krajowa Rada nakładała na niezależnie stacje, wszystkie już zbankrutowały. Został tylko jeden państwowy program. Próbujemy się jakoś po cichu zorganizować. Powstał Komitet Obrony Inteligentów, który postuluje wolny dostęp dzieci do wybranej szkoły. W Puszczy Białowieskiej działa tajny Uniwersytet dla Nauczycieli. Prosimy, przyślijcie nam trochę CD-ROM-ów, bo to reglamentowany towar. I choć kilka egzemplarzy Harrego Pottera. Trzymajcie za nas kciuki. Może kolejna wiosna wreszcie będzie nasza! XXX P.S. Nie dziwcie się, że nie podpisujemy maila. Imię naszego syna także zmieniliśmy.
Irena Dzierzgowska, 3 września 2006 |
|
| |
|
|